Reflektory dopiero się rozgrzewały, nadając temu miejscu połysku. Krok po kroku najciemniejsze elementy wyłaniały się z półmroku. Grafit chmur zakrył słońce, niebo spłowiało, a w moich oczach odbijało się światło lamp. Czułam na sobie promienie sztucznych świetlówek, choć tak naprawdę stałam w cieniu. W cieniu własnych obaw. Nie potrafię wyłapać znaczących detali, które po pewnym czasie moje oko zawsze uważnie wychwytuje. Wyjeżdżać z bólem, lub wracać z utęsknieniem, nigdy nie lubiłam być pomiędzy.
dni numer trzysta osiem- trzysta jedenaście, nie pogrążącie mnie