Moje pierwsze studenckie dni to istna huśtawka zdarzeń. Dziś tramwaje jeździły według własnych kaprysów powodując konsternację na łódzkich twarzach, które usilnie wpatrywały się w rozkłady marszcząc brwi. Patrząc ku zachowowi każda z ciasnych ulic tego miasta była rozpromieniona październikowym słońcem, które delikatnie wiło się po kolorowych balkonach i błyszczących oknach. Ludzie się do ciebie uśmiechają, stoją bliżej, niż blisko zmagając się z godzinami szczytu rano i popołudniu. Na wydziale szukamy sal dobre dziesięć minut, przysypiamy na wykładach i boimy się matematyki. Sześć godzin jednego dnia to zbyt wiele nawet na ścisły umysł, poza tym jak tak miła pani, może być, aż tak wymagająca? Fizyka ogranicza się do lubianej przeze mne dynamiki i optyki, choć z jej ust każde zagadnienie wydaje się bardziej skomplikowane, niż jest. Geometria wykreślna, moduły? tego nie polubię, ale rysunek techniczny mnie nie przeraża, ochrona środowiska także, jako jedyne z gamy przedmiotów. Setki nowych oczu, patrzących na ciebie, wprowadzających w onieśmielenie. Jedenaście godzin na uczelni we wtorkowym systemie daje ci dokładnie do zrozumienia, że łatwo nie będzie, choć wolne piątki są piękną nagrodą. Pewnie trochę minie, zanim przyzwyczaję się do tego życia. Znajdę swoje schematy i jestem pewna, że za jakiś czas to polubię, może nawet tak bardzo jak powroty do domu.