BRACISZKU,
16 lat temu o tej godzinie powoli do nas zaczęło docierać, że musimy się nauczyć na nowo żyć....
Powoli zaczęło docierać, że te same miejsca będą znacznie pozbawione barwy, radości, uśmiechu.
Zaczęło docierać, że pewnych słów, zwrotów, że tego konkretnego głosu już nie usłyszymy.
Zaczęło docierać, że lepiej nie będzie, cokolwiek by się nie działo...
Zaczęło docierać, że w momencie, gdy zabrał Cie karawan - Twoje ciało opuściło nas na zawsze...
Zaczęło powoli docierać, że to nie koszmar, z którego się obudzimy, a fakty, które bolą bardziej niż złamana nogą, ręką czy nawet złamany nos ...
Złamane serce nigdy się nie zrośnie, nigdy nikt nie zapełni pustki, która po Tobie pozostała..
Nieustannie od 16 lat śnie, by znowu Cie usłyszeć, poczuć, przytulić...
Nieustannie zyje marzeniem by Ci podokuczać, żebyś Ty mi podokuczał.
Nieustannie sobie obiecuje, że następne święta mimo wszystko będą radośniejsze...
Nieustannie są to marzenia, które się nie spełnia....
Jesteś moim Cudownym Bratem, Przyjacielem...
Bardzo Cię kocham, potwornie tęsknię...
Nie, nie jest nam łatwiej niż 16 lat temu... Nauczyliśmy się żyć bez Twojej obecności, ale nadal nie pogodziliśmy się z faktem, że Bóg wezwał Cię do siebie tak nagle, tak niespodziewanie, tak bez uprzedzenia....
Nikt nie dał nam wskazówek jak sobie radzić w tej sytuacji.... Błądzimy od 16 lat, gdzies cicho wierząc, że po prostu jednak obudzimy się z tego złego snu....
Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
[W.Szymborska]