Od kilku dni wieczorami siedze na balkonie i spogladam na gwiazdy... wczoraj nawet udalo i sie spotkac spadajaca gwiazde i niby pomyslalam zyczenie, ale i tak wiem, ze takie zyczenia sie nie spelniaja.. i raczej nigdy nie spelnia. Szkoda, bo wtedy kazdy czlowiek bylby szczesliwy. Moze nie byloby tych falszywych usmiechow, 2licowych ludzi i tej nienawisci. Kiedy tak patrze na te wszystkie gwiazdy, ktore mnie otaczaja, wyobrazam sobie, ze ktos dla mnie wazny robi to samo. Czuje wtedy taki dziwny spokoj. Czuje, ze jest strasznie blisko, tak jakby siedzial kolo mnie. Jakbysmy razem wtuleni na nie patrzyli. Niestety to tylko wyobraznia. Godzinami patrze zamyslona jak biale punkciki odbijaja sie od bezchmurnego nieba. W jednej chwili w glowie mam wszystkie cudowne chwile spedzone razem, tak beztrosko. Cieplo w srodku ciala sprawia, ze choc na chwile sie usmiecham. Brakuje mi tego strasznie. Tej bliskosci, czulosci i bezpieczenstwa... patrzac dalej w niebo czuje pustke. Wiem, ze nikomu nie jestem potrzebna, ze nikt mnie nie obroni przed tym wielkim swiatem pelnym zla. Pewna tego, ze na szczescie chyba jednak nie zasluguje patrzac znow na gwiazdy uswiadamiam sobie, ze chyba jednak jakas szansa jest. Przeciez kazdy zasluguje na szczescie. Miliony gwiazd. Ktos na pewno na nie patrzy tak jak ja. Tak samo nieszczesliwy i nie kochany szuka szczescia w bialych kropeczkach z mysla, ze kiedys i na niego przyjdzie kolej. Dzien, w ktorym nie bedzie musial sam ogladac w nocy nieba...
" czy gwiazdy świecą po to, żeby każdy mógł pewnego dnia znaleźć swoją? "
-Antoine de Saint-Exupéry