Otulona światłem budzącego się dnia klęczałam pośród traw. Zimny, jeszcze nocny wiatr czesał mi włosy, łaskotał mnie po policzkach. Ukradł mi szal i porzucił przy drodze. Wstałam i odeszłam w tamtą stronę, by odzyskać zgubę, zanim złodziej zdecyduje się znów ze mną podroczyć.
Kilkadziesiąt jardów ode mnie, na tle mocno oddychającego lasu, wznosił się domek otoczony drewnianym ogrodzeniem. Z ceglanego komina ulatniała się rzadka, bielutka stróżka dymu. Poza tym małym skrawkiem zagospodarowanej ziemi i ledwo ujeżdżoną drogą nie było wokół jakiegokolwiek śladu pozostawionego przez człowieka.
Jeszcze w uszach miałam dźwięk miasteczkowego ulicznego harmidru niekończącego się nawet w nocy, a w nosie czułam zapach ohydnych spalin i stert śmietników. Przed oczy co jakiś czas powracał widok zabieganych i zatroskanych ludzi, siwych budynków i całkowicie bezgwiezdnego, nocnego nieba nad miastem.
Nienawidzę miast.
Wiatr nagle jakby znudził się szarpaniem mnie za ubrania i włosy - odleciał, chyba na północ. A ja, pociągana przez zapach świeżego ciasta wypiekanego w małym domku przy lesie, pobiegłam w jego stronę. Fiołkowy szal falował za moimi plecami niczym skrzydła. Nogi niosły mnie szybko i lekko, jakby w ogóle nie dotykały ziemi. Frunęłam, z uśmiechem na spierzchniętych ustach, łapiąc w serce napływ szczęścia, które za każdym razem ofiarowało mi to niezwykłe, piękne miejsce.