"Cieszę się, że przyszłaś"
Wspomnienie o ks.Aleksandrze Woźnym
W 1951 r. w Poznaniu czułam sie bardzo samotnie. Władze komunistyczne zamknęły mój wydział Ekonomii i Nauki Społecznych na
KUL-u. Mama z siostrą zostały daleko za Lublinem, a ojciec ukrywał sie przed UB. W pierwszą niedzielę mojego pobytu w nowym mieście syn znajomych zabrał mnie do kościoła. Po wyjściu z tramwaju poszlismy do baraku, w którym znajdował się kościół pod wezwanie św. Jana kantego. To tam spotkałam, ks. Woźnego.
Ks. Woźny został moim spowiednikiem. Czekając na ławce przed konfesjonałem, miałam możliwość mu się przyjrzeć. Wychodził z
zakrystii i szedł przez długi barak-kościół aż do samych drzwi, przy których stał konfesjonał. Szedł lekko z twarzą promieniejącą. Przy spowiedzi czasem odsłaniał fioletową zasłonkę i wówczas z bliska widziałam swiecące dobrocią oczy. Pełna skruchy i obaw, że zaniedbałam się usłyszałam ciepłe słowa: "Cieszę się, że przyszłaś". Czasem ten kapłan trwał w milczeniu, jakby go coś zabolało. Słyszałam, że ks. Woźny często leży krzyzem przez całą noc, modlac się za grzeszników. Był bardzo skromnym człowiekiem. Wszystko, co miał, oddawał biednym i potrzebującym. Parafianie odwzajemniali się dobrocią, kupujac mu sutannę. Przez ówczsne władze był uznawany za najbardziej niebezpiecznego człowieka. Nieraz wiec zastawiano na niego pułapkę, ale zawsze wychodził zwyciesko dzieki Bożej pomocy.
Walentyna Szady, Poznań