Uwielbiałem ten czas, kiedy byłem całkowicie i w stu procentach oddany mej jedynej. Starałem się jak mogłem, nie chciałem popełnić żadnego błędu. Robiłem to wszystko z premedytacją, zważałem na słowa, delikatnie się do Niej odnosiłem, nie podnosiłem tonu głosu. Każda, nawet najmniejsza wpadka mogła kosztować mnie utratą mej pierwszej miłości. Cóż, tym razem wszystko wyglądało inaczej. Spotykaliśmy się raz na tydzień, zazwyczaj w piątki. Zbliżał się koniec roku, a wybranka mego serca zaparcie walczyła o uzyskanie świadectwa z paskiem. Kibicowałem Jej wiernie. Praktycznie mą obecność przy Niej można było zauważyć na każdym kroku. Wspierałem jej działania, nawet gdy nie byliśmy blisko siebie. Oficjalnie nie byliśmy razem, lecz w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. Codziennie na dobranoc mówiłem Jej jak bardzo Ją kocham i, że nie wyobrażam sobie życia bez niej. Z początku trudno było Jej odwzajemnić me uczucia, lecz z czasem to Ona pierwsza wypowiadała te dwa magiczne słowa, sprawiając, iż czułem się największym szczęściarzem jaki żyje. Pewnego dnia spotkaliśmy się w tym samym miejscu co zawsze, o tej samej godzinie. Standardowo ma ukochana parę minut się spóźniła. Na powitanie wziąłęm Ją w ramiona, tuliłem i tuliłem. Ach, mogłem tak bez końca. Ona w odpowiedzi na mój uścisk uśmiechnęła się swym anielskim uśmiechem, przybliżyła swe wargi do mojego ucha i wyszeptała głosem pełnym czułości: "Masz jakiś plan na przyszłość? Bo jak nie to ja mogę nim być."
PS Stefan będzie, spokojnie dziewczęta ;-)