Zmierzaliśmy bez celu. Pokonywaliśmy kręte dróżki naszego miasta z nadzieją, że dowiemy się o sobie jak najwięcej, bynajmniej ja miałem taki zamiar. Interesowało mnie wszystko co z Nią związane, począwszy od tego iloma łyżeczkami cukru słodzi herbatę, o ile oczywiście takową pije. Dowiedziałem się już jakie są jej ulubione kolory, o której rano wstaje, co chce w życiu robić, kim zostać. Cholera, na prawdę ambitna z niej dziewczyna. Coraz bardziej mi się podobała. Już wiem, że nienawidzi kawy, nie je śniadań, ma bujną wyobraźnie, niesamowite poczucie humoru. Starałem się ułożyć, uporządkować te wszystkie informacje w głowie, chciałem zapamiętać każdy detal, każde wypowiedziane przez Nią słowo. Ach, słuchało się Jej niesamowicie. Mówiła płynnie, nie popełniała błędów. Kiedy chciała zaakcentować pewne wydarzenia, które znaczyły dla Niej coś więcej delikatnie unosiła ton, robiąc to w najsłodszy możliwy sposób w jaki tylko mogła. Nie potrafiłem oderwać od niej wzroku. Wiem, teraz gdy czytacie to, myślicie - idiota, przejdzie Ci, daj sobie spokój, tego kwiatu jest pół światu, ale ja po prostu czułem te cholerne motylki w brzuchu, tak na prawdę chciałem je czuć ciągle, nic nie sprawiało mi większej przyjemności, niż bycie przy Niej blisko. Właściwie, nie wiedziałem czy interesuje Ją moja osoba. Przecież mogła traktować mnie tylko jako kolegę, nieprawdaż? To chyba bolało najbardziej. Chciałem jak najszybciej sprawić, by była Moja. Tylko Moja. Niczyja więcej. Moja i już na zawsze Moja.