Żyłam kalendarzem.
Od początku tygodnia do końca.
Od spotkania do kolejnego weekendu.
Żyłam tym wszystkim na co dzień i odliczałam godziny.
A później znikałam..
Każdego dnia umierałam i rodziłam się na nowo, by spróbować jeszcze raz.
Doskonale znałam smak dna studni, do której wpadałam ilekroć gubiłam własny tor, własną drogę.
Chciałam krzyczeć i uciec, jednakże usta na to nie pozwalały.
Chciałam się zgubić w pustym pokoju, czterech ścianach.
Nie potrafiłam, ale też nie pragnęłam tego.
Wiedziałam, że byłam piękna tylko wtedy, gdy on był przy mnie.
Znów byłam złakniona tego, co dostawałam jedynie w wyznaczone dni.