i już mam pierwszy smutny wniosek po powrocie do Polski: nienawidzę nachalności
a tak poza tym wróciłam nawet cała.
i zupełnie inaczej niż się spodziewałam.
i tak naprawdę dopiero staram się ogarnąć rzeczywistość, w której tak naprawdę jestem
jak było? właściwie ciężko to opisać słowami.
jedna z tych rzeczy, których nigdy się nie zapomina.
bywało równie smutno i irytująco, co i śmiesznie i cudownie.
ale na szczęście przeważało to drugie!
słowa, które przychodzą mi do głowy?
sangria (nie wiem czemu jako pierwsza!), las ventas, casa de campo, ifema, pizzeria jardin, por fa, ojtamojtam, escorial, akredytacja, la gente esta muy loca, dziwki ^^, 4 nad ranem, a idź spie*dalaj, mc donalds, fociaki, jestem amerykanką, renfe, toca no toca, 70 centów = 70 groszy, wuchta wiary tej, październikowy sylwester, concha, kradzieje ciastek, almudeeeenoooo, idź na zakupy za domek, fakaj się, 6.15 kolejka pod prysznic, sieeeeeestaaaaa! itp itd x10000 ....
pojechałam tam po kilka odpowiedzi, wróciłam z zupełnie innymi pytaniami.
podjęłam kilka decyzji, w których mam nadzieję się utrzymać, choć droga długa i kręta.
ale za to nauczyłam się cierpliwości. i dopiero będąc w domu widzę, że nauczyłam się dystansu. coś jednak pozostało :)