Od kilku dni "pionizujemy" z Panem Jurkiem-rehabilitantem Tatę ,idzie to bardzo opornie ,a podejrzewam ,że jutro albo we wtorek zechcą Go już wypisać i wtedy dopiero zacznie się dramat.
Na tempo szukam kogoś na kilka godzin do pomocy,sama nie jestem Taty w stanie nawet
przewrócić na bok.
Wciąż jest karmiony jakimiś papkami( ja robię to obiadowo i kolacyjnie ,pielegniarka rano),na szczęście nie jest już całkiem w innym świecie ,nawet próbuje dawać koncerty ... .reszta pacjentów (tych świadomych) zachwycona,personel pewnie trochę mniej.
Opróżniliśmy całkiem jeden pokój żeby wstawić tam łóżko rehabilitacyjne,jutro jadę je załatwiać,
To wszystko tyle kosztuje .... wciąż rozważam sprzedaż Myśliborza ....
Plecy mi pękają i jestem potwornie niedospana,po kilka godzin 2x dziennie z Tatą ,a przecież jest i Mama do której gnam pomiędzy szpitalem.Mufinkę albo wożę do Niej albo czeka na mnie(i na spacer) bidula po wiele godzin.
Wciąż kaszlę (jutro na 16 mam lekarza,ale czy dam radę dotrzeć ?) ....nie jest lekko ...
Buziaki,trzymajcie się :*