Skrócony odpis z pierwszego w te wakacje wspólnego wyjazdu:
21. lipca
Zaczęło się od Huli, która zapewniła nam wikt i kwaterunek :-) Bez niej to by się to nie stało, co się działo.
A ja do niej dołączyłam jako organizator.
"Epickie melo" czas zacząć!
Finalnie obydwie pojechałyśmy na chatkę w terminie, Zenooberskim busikiem. Pan Zenon stanowczym gestem dłoni pokazał, kto tu rządzi i że on gentlemanem jest (błyskając przy tym złotą obrączką), niczym rycerz na białym koniu! Spreparowałyśmy pierwszy wspólny obiadek w postaci wojcieszkowego spaghetti prosto z Włoch (Giuseppe też nam podał taki przepis!). Nawet "pachniało tak jak Wojtka" x)
Później były Trzciankowe spacery, odwiedziny u Ditmarków (przypływ weny!), disnejowskie pieśni, które najlepiej się śpiewa z Fiveram nocą na plaży, a Hula zna wszystkie słowa do piosenki mlodego Herkulesa!
I był "Jestem twoim ojcem Luke", piosenka muz, szukanie portfela pośród ziarenek piasku, pogawędka z rybakiem
i wielokrotnie powtarzany przebój tego wyjazdu - "Dotyk".
22. lipca
Plażowanie z Fiverami to nie jest zwyczajne wylegiwanie się na piasku. Nie wiadomo czego się spodziewać!
Te, które się nigdy nie kąpią, na wyjeździe skąpały się w ubraniach aż 3 razy! I było sunięcie(!), w którym akurat nie uczestniczyłam, ale brzmiało to fajnie.
Był chałkowy warkocz z pięciu części, Matka Hulka karcąca swe dzieci, peelingująca wyprawa do Niechorza po wszyskich rodzajach kamieni i piasku, Bundzowa chciała pracować w budce z goframi, aleja kolorowych róż
- Ballada i Cubana, zdjęcia z Małym Księciem. Na obiadek kasza gryczana z jajem (dziwne, że te dwie wytrzymały tyle bez mięska!), a wieczorem niekończące się zdjęcia licealne, gimnazjalne, opowieści o bitwie pod Grunwaldem z jajkami się sadzącymi i zdjęcia Hulki z Włoch, na których lewituje w powietrzu, skrzętnie ukrywając (tak jak na zdjęciu!) swoje dolne kończyny : )
A Bundzowa polewała wodą teflonową patelnię ; p Robiliśmy ćwiczonka na kręgosłup i dostaliśmy zakładkowe serduszka od Maksymika.
23. lipca
Trzeciego dnia wyruszyliśmy do Pobierowa i wzięliśmy tosty na czarną godzinę. Po drodze odnaleźliśmy herkulański lasek w Pustkowie. Było dużo przelewów i piliśmy orzeźwiające jogurtowe koktaile z owoców. Robiliśmy mnóstwo magicznych, samopstrykających się zdjęć! Wieczorem byliśmy tak zmęczeni, że mieliśmy ochotę posnąć,
ale usłyszeliśmy "Pogodę ducha" i inne pieśni Hanny, które postawiły nas na nogi! Przygotowałam potrawkę z niecodziennych (bo nie codziennie jedzonych przez nas) warzyw, do której Fiveraki dodały sobie ser (w sumie to nawet pasował!).
Potem był spacer z zachodem słońca, trzema mieniącymi się w nurzającym się słońcu kolarami Palette, piórami we włosach i adoracją Huli. Tam też Fiveraki odbyły swą wieczorną kąpiel.
Na podwieczorek obejrzeliśmy przezabawną kreację Julii Roberts w "Królewnie Śnieżce" z czornymi krzaczastymi brwiami (o których dyskusja już dawien dawna zawrzała na filmwebie x) ).
24ty
Czwartego trzeba było już wracać, ale jeszcze poranek i południe spędziliśmy całkiem beztrosko - na grzaniu się na plaży i budowaniu ogromnego zamku z piasku, który być przecież nad morzem musi. Wypłynęliśmy też trójcą na głębokie morze, by pobawić się w berka z żaglówkami, a Bundzowa, która tym razem pełniła funkcję zastępczą opiekuna (żeby dać Huli też się wyszaleć) się o nas martwiła.
Maksymik zrobił na obiad przepyszne naleśniki z najlepszym na świecie musem jabkłowym i serkiem waniliowym
- to jest połączenie, które szczerze pokochałam. Później było sprzątanie, pakowanie i nagrywanie soundtracków,
a na koniec spacer do Pustkowia, gdzie spotkaliśmy Oliwiera i rozważaliśmy istnienie zgrzebła, chomąta i lonży.
W drodze powrotnej, lecz już nie z panem Oberkiem, mogliśmy dowiedzieć się wszystkiego o urządzaniu ślubu, kupowaniu sukni, weselu, zielarkach i o tym jak to jest mieć depresję x)
Było tak magicznie, tak jak w marzeniach - wszystko idealnie. I czułam się jakby to nie były cztery dni tylko co najmniej tydzień odpoczynku w najlepszym, (i bezkonfliktowym!) towarzystwie. Dziękuję Wam Fivery za ten dobry czas :-)