Ja i dzielny rumak mojego męża potwierdzamy gotowość w oczekiwaniu na Helenkę. Ostatnie ciuszki dzisiaj trafiły do szafki Malutkiej,większe rozmiary zostały złożone do szafy rodziców. Torba do szpitala stoi spakowana,już jest w niej wszystko oprócz kubka i sztućców Ale nawet jak nie zapakuje to sobie poradzę bez nich. :)
Z apteki internetowej dzisiaj do odebrania witamina D,Pedicetamol, kropelki na kolkę i takie tam różne rzeczy potrzebne Małej już w domku. Kupuje teraz,żeby później nie latać po nocy jak nie daj Boże pojawi się gorączka albo coś. Jedyne co to nie mamy jeszcze łóżeczka,ale to przywiezie Gapcio jak już będę leżała w szpitalu bo i kołyska i łóżeczko jest po moim młodszym braciszku u moich rodziców stoi i czeka także luuuuuz. Już nawet w nosidełku mąż ma przyszykowane ubranko,które kupiliśmy na wyjście oraz Misia-kurteczkę. Także 35 tygodniu możesz nadchodzić! :)
Czuje się strasznie,jak pacjenci,których trzeba odwracać z boku na bok. Jak w dzień jakoś sobie radzę i chodzę tak nocy się boję bo są okropne. Kręgosłup boli mnie tak,że już po prostu płacze z bólu. Mam jedną nogę krótszą od drugiej i już jako dziecko miałam powiedziane, że końcówka ciąży będzie masakryczna. Sprawdziło się. Jest okropnie. Biodra mnie bolą,nie mogę spać na boku,ostatnio nawet przeszłam w środku nocy do salonu żeby swoim płaczem nie budzić co 20 minut męża bo on musi chodzić do pracy. Mała przeciska się strasznie co też sprawia mi ból, ale cieszę się,że to robi bo najgorsze co może być dla matki to brak ruchów u dziecka. Także z tym nawet nie dyskutuje,cieszę się,że jest zdrowa i duża i ze się rusza :) wiem,ze sprawia mi ból całkowicie nieświadomie. Powoli zaczynam też wpadać chyba w jakaś depresję,czego przed nikim nie ukrywam i otwarcie mówię,że coś robi mi się z głową. Może to już przez to zmęczenie,te nieprzespane noce i jakby nie było troszkę stres jak to będzie w szpitalu a później w domu. Nie mam żadnych problemów w życiu. Mam cudownego męża, który pomaga mi w domu we wszystkim w czym tylko może,każdy w rodzinie czeka na nasze dziecko a ja w ciągu sekundy potrafię dostać takiego ataku beznadziei, obojętności,że to aż mi się w głowie nie mieści. Za chwilę oczywiście ten stupor mi przechodzi i już z powrotem się śmieje. Nie mam pojęcia dlaczego tak.Potrafie siedzieć z Jasiem,układać puzzle,normalnie się śmiać i rozmawiać i nagle jebs, czuje jakie to wszystko bez sensu,mam chęć wygonić go z pokoju i leżeć pod kołdrą chociaż wiem,że wolę układać z nim puzzle. Po minucie już jest ok,już o tym nie pamiętam i normalnie z nim rozmawiam. Mam takie coś pierwszy raz w życiu. Pojebane uczucie. Test depresji u ginekologa nie działa,nie mam myśli,że sobie nie poradzę,nie boję się prosić o pomoc,nie odczuwam żadnych ataków ze strony otoczenia. Nachodzi mnie po prostu takie uczucie jakby stała się najgorsza tragedia w życiu,uczucie beznadziei,smutku. Co po minucie znów odchodzi i znów się śmieje i śpiewam z Jasiem piosenki przy puzzlach. Nawet ciężko mi to uczucie wytłumaczyc. Mam nadzieję, że po porodzie to minie bo Helence nie jesy potrzebna matka,która w jednej sekundzie ze śmiechu przechodzi w beznadzieję. W razie czego mówię o tym otwarcie mężowi,rodzicom,że odczuwam takie coś. Bo moja siostra cioteczna przeszła depresję poporodowa i praktycznie nikt nie zwrócił na to uwagi...