prześladuje mnie dziś pewne wspomnienie. właściwie to nie wspomnienie, bardziej kadr z życia, jakby zdjęcie. wiem tylko że był to jeden z najlepszych dni w moim życiu pomimo braku wyjątkowości i wiem że miałam wtedy niewiele lat - może 5-6. nie wiem nawet dlaczego tak dobrze wspominam ten dzień, i dlaczego akurat to miejsce (fakt, było to moje ulubione miejsce samotnych rozmyślań i tworzenia niesamowitych historii których nigdy nie zapisałam, dzięki Bogu). Może dlatego że zachodzące słońce świeciło w taki sposób, jak lubię? Może dlatego że było lato a w tym miejscu odkryłam właśnie krzak upragnionego agrestu? może rodzice, babcia i całe (!) moje rodzeństwo było w domu - mama smażyła pyszne naleśniki z truskawkami, Łukasz jak zwykle w przezabawny sposób przeinaczał rzeczywistość, Anka szyła ubrania dla moich lalek, Agata siedziała zatopiona w jakiejś książce, tata odpoczywał po wyprawie rowerowej a babcia... po prostu była i rozświetlała wszystko, racząc wszystkich zabawnymi anegdotkami z młodości?
Nie wiem. Mam w głowie tylko ten kadr. I poczucie bezkresnego szczęścia.