Gdy jesteśmy zazdrośni, przekonujemy się, że kochamy,
tak jak przekonujemy się, że żyjemy, kiedy nas coś boli.
zastanawialiście się kiedyś, czy ludzie których mijamy na co dzień, bądź też jeden jedyny raz w życiu
mogliby być dla nas kimś ważnym? kimś kogo nie zapomnimy do końca swojego życia przez jeden mały gest, krótką chwilę?
bądź też mieliście ochotę rzucić się na nieznaną Wam osobe, bo tego potrzebujecie, bo czujecie, że ona może dać Wam coś,
czego nikt inny nie może? skoro mamy takie odruchy do nieznanych nam osób, to cóż dziwnego jest w tym,
że mamy większą ochotę zastosować je do osób z którymi mieliśmy styczność? cóż dziwnego jest w tym,
że jeśli ta osoba okaże nam więcej ciepła, troski i uwagi przywiązujemy się do niej? no kuźwa, to chyba normalne!
myślimy o niej, ale o niczym poważnym, po prostu zajmuje jakąś część naszego mózgu, bo przecież JEST.
z czasem ta część się rozrasta, aż całkowice pochłania nasze myśli, a później jest już coraz gorzej.
ale mimo to nie zauważamy tego, zatracamy się w tym całkowicie, bo mamy z kim to dzielić. do czasu.
bo nagle wszystko się pieprzy o totalną głupotę, obarczamy się nawzajem, aż w końcu spieprzy się wszystko.
i wtedy zostajemy całkiem sami z głową przepełnioną myślami. i jedyne czego pragniemy to, to by - łaskawie - intruz ją opuścił.