I schowaj ten ogień który rozpalasz
Schowaj schowaj głęboko
bym go nie widziała
i zabierz ten żal który mnie krzywdzi
i wyrzuć go, wyrzuć daleko
i daj mi te chwile szczęśliwe
gdy nosiłam Cię na rękach...
Tak trudno było znaleźć pierwsze powody, odkryć je i pomóc jej, pomóc nie robić tych czerwonych kresek. Ale, pierwszy raz jest najprostszy, taki nieświadomy w co się wpada. To nie narkotyki, wszystko się pamięta. Wszystko co do ostatniej kropli. Ale jak miałem jej to powiedzieć? Nie zrozumie tego po moich oczach, nie zrozumie tego gdy mnie dotknie...
Była już chyba 2 w nocy gdy zadzwonił jej telefon, odebrała bardzo szybko. Tylko ja z zabawek nie odpłynąłem do naszego świata rozmów, snów, zabaw istnień. Do świata w którym ludzie nic nie psują. I słyszałem, wszystko słyszałem...
-Czemu teraz dzwonisz? Miałeś zadzwonić...nie śpią...nie wyjdę ! jest za późno... śpię już...do zobaczenia jutro...postaram się być, nie wiem...no, narazie- ... czy dużo usłyszałem? Dla mnie to było za dużo. Nic a jednak wiedziałem, czułem to w każdej części swojego materiału, że zrobi coś czego nie chce. Zrobi za dużo, za dużo rzeczy po których będzie coś ją bolało. Postanowiłem wysunąć się z łóżka na noc, by mnie zobaczyła rano, podniosła i przytuliła...Przecież tak mnie kochała.
Nie spałem całą noc, gdy było już jasno zobaczyłem że ona się rusza. Wstała z łóżka, wzięła szlafrok. Nie zauważyła mnie. Nadepnęła na mnie i poszła dalej. Zabolało mnie to, tak bardzo mnie to bolało. Kiedyś nie dała by mnie skrzywdzić ,otulała przed zimnem. A teraz, deptała po mnie. Gdy wyszła do szkoły schowałem się powrotem pod mój domek który ona mi dała, który dawała wszystkim rzeczom które jej się znudzą. nie zauważy. Bałem się o nią, o siebie. Bardziej o nią.
Wróciła do domu bardzo późno, ale odrazu słyszałem że coś jest nie tak. Jej mama krzyczała:
- TY piłaś? Jak mogłaś? Dlaczego tak śmierdzisz wódką?- Krzyczała, wpadła w furię. Była wściekła.
- Mamo, weź mnie zostaw. Aua ! Weź te ręce ... - Krzyczała ze złością na matkę.
Słychać było jakby cos upadało, to ona...upadła. Musiała być naprawdę pijana.
Krzyczały na siebie długo, krzyczały. Ojciec był w pracy, ale on i tak się nią nie interesował. Żyli w jednym domu nie wiedząc nic o sobie. Dom wariatów, którzy nie umieją się kochać.
Weszła do pokoju zamknęła drzwi. Rzuciła się na łóżko i zaczęła płakać. Było jej źle ze sobą, aż w końcu szloch ustał, chyba zasnęła.
Ktoś pukał do jej drzwi, wstała z łóżka i tylko rzuciła w nie poduszką. Nie chciała chyba z nikim rozmawiać. Zaczęła krzyczeć ... Że to nie będzie tak, ona nie będzie płakała z takiego powodu. Otworzyła drzwi i trzasnęła nimi głośno. Nie wiem czy tam ktoś jeszcze stał, nie patrzyłem. Byłyśmy przerażone, wszystkie zabawki były złe na nią.
A ona jak gdyby nigdy nic, poraz drugi zaczęła rysować na swoim ciele. Małe obrazeczki, małe kreseczki, małe literki, małe zdania, małe słowa. Żadnych łez.
I pada deszcz kochanie
a ja tęsknie tam do Twojego życia
do tych kilku chwil
gdy byłam mała
i w mamy sukienkę płakałam.