Byłem kiedyś w tym kościele.
Siedziałem pod ścianą zaraz przy wejściu i patrzyłem w sufit.
Jedyne oświetlone miejsce. Reszta w mroku.
Bardzo nastrojowo, prawda.
Kazanie było strasznie długie i strasznie nudne.
Ławka twarda jak cholera.
I zimno chyba też było. Nie, to było lato.
Msza dobiegła końca, ale że była to msza uroczysta, specjalna, z okazji,
nastąpiły po niej różne dodatkowe modlitwy przy bocznym ołtarzu.
Na koniec chór od Urszulanek zaczął śpiewać pieśń.
Stał dosyć daleko ode mnie, i to jeszcze w zakamarku, bo w bocznym skrzydle transeptu, tak że nie
rozumiałem słów. Słyszałem tylko melodię. Płynna fala muzyki, zgodna z lotnym dymem kadzidła.
Trochę mnie to zdenerwowało, bo skoro zaplanowali taki występ mogli postarać się o odpowiednie
nagłośnienie. Zapewne pół kościoła tak samo źle ich słyszało jak ja.
Tak więc płynęła ta czarodziejska pieśń bez słów przez nawę, odbijając się od wszystkich wnęk w ścianach,
a my wszyscy, którzy tam byliśmy, staliśmy i słuchaliśmy.
Aż melodia zmieniła swój charakter.
I jedna pani zaczęła cicho nucić drżącym głosem.
A potem jeszcze jedna pani, i jeden pan.
I jeszcze jeden, i jeszcze jedna.
I tak coraz więcej ludzi, którzy koło mnie stali, a wcześniej tylko słuchali wraz ze mną.
I nagle cały kościół zaczął śpiewać szeptem
- tak właśnie: śpiewać szeptem -
"czerwone maki na Monte Casino".
To było coś niesamowitego.
A dla nich wszystkich było to bardzo ważne.
Poczułem to.
Było to w rocznicę bitwy pod Monte Casino,
rocznicę ofiary wielu żołnierzy.
A tę pieśń, w tym kościele,
śpiewały ich dzieci.
***
"Wszystko robi sam."