Jestem, jak się zdaje, jedynym człowiekiem na pedagogice
który twierdzi, że amerykanizacja i globalizacja to coś dobrego.
Albo przynajmniej niesie ze sobą więcej korzyści niż strat.
Jestem globalistą, z tego wychodzi.
Nie robi na mnie wrażenia to,
że gdyby cała Europa zaczęła mówić po angielsku,
przestalibyśmy rozumieć Mickiewicza.
Beznadziejny argument antyglobalistów -
ale właśnie taki został wysunięty.
Dziś nikt nie mówi starożytną greką i łaciną,
a Shakespeare'a czytamy w tłumaczeniu na polski.
Ostatecznie gdyby amerykanizację porównać do współdziałania kolorów,
to jest to tak, kiedy żółty zamalujemy niebieskim, a stanie się zielony.
Czy koniecznie chcemy być żółtym, bez względu na to jakikolwiek by on był?
Czy możemy przestać być żółtym, stać się zielonym, byleby tylko być pięknym i wartościowym kolorem?
Ja chcę być pięknym kolorem. Bez znaczenia czy żółtym, czy zielonym.
Pozostaje tylko pytanie, czy niebieski, ten który zalewa zółty, jest piękny?
Swoją drogą, biorąc pod uwagę to, że na tych zajęciach odzywają sie cztery osoby na trzydzieści, to być
może nie jestem wcale w mniejszości...
***
"Kiedy cierpi, staje się sarkastyczny
i ze wszystkich żartuje.
Ale myślę, że nawet on wie,
że żart nie załatwi wszystkiego.
Nie w takiej sytuacji, jak ta"