Czuję się beznadziejnie.
Czuję się samotna.
Beznadziejnie samotna.
Jestem zmęczona - właściwie codziennie jestem zmęczona i to już chwilę po obudzeniu. Ciągłe zawroty głowy, kiepski apetyt od trzech lat i wieczny smutek oraz przygnębienie (czy to już można nazwać depresją, jeżeli trwa kilka lat?).
Jestem wyczerpana, rozkojarzona... Nie umiem się od pół roku porządnie skoncentrować i z mistrza ortografii stałam się zupełnym nieukiem. Nie mam już sił, a niedługo dojdzie szkoła i testy gimnazjalne, te najważniejsze, po których zostaje mi z ważniejszych egzaminów jedynie matura.
I zaczynam się użalać, świetnie.
Powieście mnie, bo ja sama nawet nie dam rady. -.-
>>> Chyba odrobinę przesadzam. <<<
-.-
edit.
I na zdjęciu branzoletka, którą tak kochałam, a która mi się urwała. Bo się rozbeczę, no nie.