If you can't be positive, then at least be quiet.
Dzisiaj z Tajgą zaczęłyśmy pracę na round-penie od join up. Muszę przyznać, że na początku byłam jakby to ująć lekko zawiedziona i zdziwiona, ponieważ chociaż otrzymywałam to co chciałam - ucho skierowane do mnie, zmniejszone koła, łebek w dole, przeżuwanie, gdy tylko zapraszałam konia do siebie on wybierał trawę. Sytuacja powtórzyła się dwa razy. Na początku 'obraziłam się' na nasz round-pen, który jeszcze nie ma piasku, tylko pokrywa go całkiem zielona trawka, ale potem to ja "przelizałam" wszystko i powtórzyłam raz jeszcze, zaprosiłam konia do siebie i otrzymałam follow up. Później bardzo krótki jeżyk, popodnosiłyśmy nogi, parę razy ustąpienie zadem, łopatka i ugięcia poziome. Konik całkiem fajnie współpracował, już miałam zakończyć sesje, zmieniłam linę na uwiąz, żeby odprowadzić ją na pastwisko, ale nagle naszła mnie straszna ochota na coś jeszcze.. "co nam szkodzi, możemy spróbować" i tak wyszło nasze pierwsze yo-yo :) Poprosiłam konia o cofnięcie unosząc linę i lekko nią poruszając, a koń od razu płynnie zaczął stawiać kroki w tył - wtedy ja się rozpłynęłam, taka fala szczęścia mnie ogarnęła, mój konik cofa od całkiem delikatnego sugnału, mój konik, który nigdy nie chciał cofać mimo wielu, wielu prób cofnięcia z ziemi na różne sposoby (działało tylko przepychanie na siłę, ale nie o to przecież chodzi)... Myślałam, że yo-yo przez długi jeszcze czas będzie poza naszym zasięgiem, chyba Tajgi nie doceniałam :) Proszę o cofnięcie, koń cofa. Zapraszam do siebie, koń podchodzi.
Na tym skończyłyśmy. Bardziej pozytywnego zakończenia sesji być dziś nie mogło :) Po tej sesji czuję się spełniona, szczęśliwa i napełniona pozytywną energią. Na przekór wszystkim, którzy ostatnio cały czas powtarzają mi "z tym koniem więcej już nie zrobisz".