Jest mi cholernie niedobrze. Ciągle doskwiera mi fakt, ze tu jest coś nie tak z ta dojrzałoscią, z tym ogólnie przyjątym kanonem piękna, z miłością i bliskoscią. Coś jest nie tak... Jeszcze nie doszłam co, ale sądze ze jestem całkiem blisko.
Codziennie oglądam mase zdjęć. Głównie znajomych. I co tu dużo mówić... Jest mi wstyd, uczucie paraliżujacego wstydu ogarnia mnie keidy patrze na ich miny, wyćwiczone w pocie czoła przed lustrem, fałszywe buźki a na samym środku tych sztywnych plastikowych masek tkwią oczy. Może nie są martwe, za to na pewno nie 'świecą blaskiem tysiąca gwiazd' a niestety pustką, przerażającą pustką. Jest mi z tego całego wstydu niedobrze.
Najgorszy jest jednak strach, zę Ty też jesteś jednym z nich i z każdym dniem znajduje coraz wiecej przykładów potwierdzających moją szaloną teze.
To wszystko poprostu zaczyna mnie przerastać, to co robie a nie powinnam. Jest was więcej niż moich wszytkich wcieleń, chociaż nie... Moze jest was tyle samo. Czasami myśle ze dla każdego mam przygotowaną inną siebie. Żeby każdego zadowolić, żeby było dobrze i żeby uśpić waszą czujnośc, której nawiasem mówiąc, zaczynam podejrzewać, ze wcale nie posiadacie. Zabawne, jeden zwykły gest moze przekonać was o przyjaźni,a całe mnóstwo nie potrafia uświadomić wam pogardy jaką was darze... Naparawde wyjątkowo zabawne.
Codziennie mijamy się na korytarzu, ocieramy ramionami, czasami spojrzymy w oczy. Ty myślisz, ze mnie rozgryzłeś, ja wiem że jestem gdzies ponad.
Wiem też, ze przez kolejne dwa tygodnie nawet kiedy podejde i spojrze Ci w oczy i wysycze wszystkie moje prawdziwe odczucia względem Twojej osoby opluwając Ciebie i Twoich przesłodzonych koleżków jadem Ty uśmiechniesz się jak gdyby nigdy nic i kolejny raz zapytasz swoim najcieńszym i najmilszym głosikiem czy wszystko w porządku.
I już teraz wiem, że słowa które wtedy zbiora się w gardle, przełkne, odetchne głęboko trzy razy i odpowiem... Nie, nie, w porządku.