Boże, co za dzień. Co za cholerny dzień!... Gotuje sie we mnie, cholerny wrzątek i tylko jedyne czego chce to kogoś nim poparzyc, ulać go z siebie, zeby przestał kipieć. Już nie moge. Jestem sfrustrowana i nic nie moge poradzić...
Błagam ześlij mi okres, albo cokolwiek innego co sprawi ze przejdzie mi ten podły humor i spraw żebym w końcu nauczyla sie doceniać ludzi, którzy robią wszytko zęby było lepiej, a dla mnie to gorzej. Teraz już nie wiem na kogo bardziej jestem wściekła, na Ciebie, czy na siebie. Nigdy wiecej nie próbuj mnie pocieszać. Na drugi raz moge nie wytrzymać.
Jestem dalej niż bym sama chciała, ale już dawno zgubilam ścieżke z okruszków, którą zostawiałam za sobą dla bezpieczniejszej drogi powrotnej. I tak... kolejny raz bede sie przedzierać przez gmatwanine moich chorych uczuć i myśli bez żadnej pomocy, bez żadnego drogowskazu, koła ratunkowe wyczerpalam zanim jeszcze zaczeły się jakiekolwiek problemy.
Co za dzień. W takie dni mogłabym być kims innym, mogłoby mnie nie być.
Czuje jak w moim gardle rośnie wielki balon napelniony nieuzasadnioną wściekłości. Chyba powinnam przestać poić się kilkoma kawami dziennie i zacząć spać. Ale sen to tylko strata czasu. Tak jak strata czasu jest ten parszywy dzień, który mało zę za wczesnie się rozpoczął to jest dopiro w połowie i wcale jakby nie miał zamiaru dobiec końca. Jeśłi nie pójdzie sobie dobrowolnie to obiecuje ze sama złapie drania i własnoręcznie udusze. Więc nie dziwcie się, moi kochani, że środa jakaś taka jakby krótsza.