Jestem wkurzona, okropnie wkurzona. Wiem, wiem, właśnie złamałam jedną z cnót głównych pod słowem gniew. Ale kujczę, notkę mi zeżarło. Czy raczej, sama ją zeżarłam, włączając coś i zmaiast przyciśnięcia zamknij taba, przycisnęłam krzyżyk i mi wyszło.
A tyle się rozpisałam.
O tym, że wisi nade mną chmura wczorajszego dnia, dziwnego dnia. Gdy po rekolekcjach wróciłam do domu i zdobyłam się na to by usiąść na schodkach balkonu z mp3 na uszach i nowym Victorem Gimnazjalistą w ręku, patrząc na sprzątaczkę która myła klatkę. I jak słoneczko świeciło i było ładnie.
A potem, po jakichś dwóch godzinach gdy rozsunęłam zasłonę, śnieg padał.
I wtedy przyszło mi do głowy, gdy patrzyłam na ten puch na dachach i drzewach, takie poetyckie określenie, czy raczej porównanie śniegu do cukru pudru.
Smacznie, prawda?
Aż mi się gofra z cukrem pudrem zachciało.
Co to nad morzem jadłam w Ustce i jak zaczęłam się śmiać to ten puder tak śmiesznie wzlatywał jak jakiś proszek czarodziejski i cała byłam w tym proszku, mając pod nosem białe wąsy.
I znów słońce świeci, siadło by się na jakiś fioletowy rower retro, zeszło elegancko schodami na dół i pojechało hen hen, gdzieś daleko z muzyczką w tle.
Jaka tam muzyczka, jeśli goniąc za nowością poznaję nowych twórców których nie ma na miśku i nigdzie, przenigdzie.
In the evening sun.In the evening sun.
Równocześnie powróciłam do korzeni dobrej, gitarowej muzyki. Brudnych gitar, manierowatego głosu wokalistów. The Strokes i te sprawy.
That's all.