Szesnastego obudził z głebokiego snu silny, nagły ból i odgłos łamanego nosa. Otworzył oczy i spojrzał w górę żeby zobaczyć kto go kopnął. Stało nad nim trzech mężczyzn:
-Wstawaj - powiedział ten, który go kopnął. Szesnasty zaczął się powoli zbierać z ziemi, nadal otumaniony przez ból. Drugi facet wziął go pod ramię, podniósł i popchnął na skałę.
-Teraz mów złotko, co tu robisz i skąd w ogóle jesteś?
Szesnasty podniósł głowę i spojrzał w oczy bandyty który do niego mówił, lecz nie odezwał się ani słowem.
-Niemowa, nie zna polskiego albo idiota, trudno- powiedział pierwszy z mężczyzn i zerknął na pozostałych- porozmawiamy u nas złotko.
Jeden z pozostałych bandytów zawiązał mu szmatę wokół głowy zasłaniając oczy, a drugi zabrał broń i amunicję. Ruszyli. Szesnasty na początku marszu miał pustkę w głowie. Dopiero później zaczął się zastanawiać kim są ci ludzie i czego mogę od niego chcieć. Myślał też czy mógł jakoś temu zaradzić... nie- nie pokonałby trzech uzbrojonych facetów mimo ze sam jest dość dużych gabarytów, ale mógł przecież znaleźć lepsze miejsce na sen... nie- to była jedyna większa skała jaką widział od wyjścia ze schronu. Widocznie tak musiało się stać. Postanowił zachować jednak zimną krew.
W końcu zdjęto mu szmatę z oczu. Poraziło go słońce, lecz po krótkiej chwili przyzwyczaił się do światła i zobaczył starą opuszczoną stacje benzynową, a tuż obok niej wielką ścianę skalna rozchodząca az po horyzont. Bandyci prowadzili go do budynku na stacji benzynowej, wprowadzili do ciemnego pomieszczenia i zamknęli. Szesnasty był zbyt wyczerpany by zrobić cokolwiek mądrego i usnął tak jak go wrzucili.
(by jarosz.)