Kiedy drzwi windy zamknęły się i Szesnasty został sam na powierzchni, ogarnęła go panika. Setki myśli atakowały jego świadomość starając się przebić jak najgłębiej. Nie mógł myśleć o niczym innym niż o tym, co go czeka. Oczami wyobraźni patrzył już na swoje zmasakrowane ciało. Raz rozstrzelane, innym razem zniekształcone przez promieniowanie. Nie mógł się skupić. Z plecaka w pośpiechu wyjął tytoń, oderwał kawałek bibuły i skręcił papierosa. Był na tyle wstrząśnięty, że ciężko było mu go odpalić - jego ręce telepały się jakby dostał drgawek. W końcu mu się udało. Już po kilku zaciągnięciach uspokoił się i rozejrzał po okolicy. Na wszystkie strony pustynia rozciągała się aż po horyzont. Wszędzie piach, odłamki skalne, czasem jakiś uschnięty krzak. Nic poza tym. Wyciągnął z kieszeni palmtopa, by sprawdzić namiary na schron nr. 1, lecz gdy tylko go włączył odezwał się głos z radia:
-Gdzie jesteś?! -z początku szesnasty nie poznał głosu, lecz po chwili zastanowienia stwierdził, że to Rufus.
-Przed schronem.
-Jeszcze się nie ruszyłeś? Na co ty czekasz? Masz natychmiast stąd znikać! -krzyczał na niego głos z komputerka.
-Zaraz, najpierw powiedz mi skąd ten wybuch? Co to było?
-Nie przejmuj się, to tylko jakiś niewypał miał opóźnioną reakcję, pewnie gdzieś na Ukrainie. A teraz ruszaj, nie mamy czasu na pogaduchy.
Szesnasty sprawdził trasę, wyłączył urządzenie i ruszył. Szel bez przerwy przez kilka godzin, a widok wcale się nie zmieniał. Wszędzie pusto, żadnych śladów cywilizacji. Powoli zaczynał nawet tęsknić za ciasnym schronem. Kiedy nastał wieczór postanowił się przespać. Zjadł jedną z obrzydliwych konserw i ułożył się pod wielkim głazem, który odnalazł tuż przed mrokiem. Po raz pierwszy w życiu, nie mógł zasnąć, po raz pierwszy naprawdę się martwił. Noc w karcerze w porównaniu do nocy na pustyni to pełen komfort. Zielonkawe niebo stało się już całkiem czarne. W okół panowała cisza, słychać było jedynie podmuchy wiatru.
(by Leń)