Najpierw - jeszcze w zeszłym roku - obraziłam się na Muzeum Narodowe, Gmach Główny, po tym, jak zażądali zaproszenia na wernisaż jakiejś tam amerykańskiej wystawy. W Nowy Rok obraziłam się na kino ARS, bo przyszłam 20 minut przed seansem i nie zdążyłam przed rozpoczęciem filmu kupić biletu - a przecież ogólnie wiadomo, że prawdziwy kinoman nie obejrzy filmu bez początku. No to w środę obraziłam się jeszcze na Pod Baranami. Film miał być o 17.00. Spożyłam więc wcześniej obiad z baru mlecznego - paskudne ruskie, obraziłam się na nie - żeby mnie głowa z głodu nie rozbolała - znaczy poniosłam koszty, prawda - i o wpół do piątej przemierzyłam Rynek - podczas największej ulewy złośliwej, która zresztą nic nie dała - żeby 20 minut przed seansem stanąć w kolejce. Okazało się, że nie ja jedna wpadłam na ten pomysł. Ja nie wiem, młodzi ludzie, czy oni na wakacje nie jeżdżą, żeby tak do kina chodzić w taki upał. Co innego ja, chwila relaksu po pracy. No nic, stoję i... prawie mdleję. Bo nie wystarczy, drodzy państwo Baranostwo, że sale są klimatyzowane, skoro człowiek najpierw oblewa się potem w kolejce do kasy. Cały boży dzień udało mi się nie spocić, to wystarczyły dwie minuty w tym dzikim tłumie, po prostu ma-sa-kra! Najgorszy był gość przede mną, miał kręcone kudły do pasa i cały czas się wiercił. Te kudły (i jego owsiki) zabierały mi resztkę powietrza.
No ale co się nie robi dla Polańskiego. Niestety, to pytanie mogłaby sobie zadać panienka z kasy. Ona dla Polańskiego raczej nie zrobi nic. Proszę państwa, ślimak to jest super torpeda w porównaniu. Właściwie można to zrozumieć. Za każdym sprzedanym biletem stoi jakieś quantum pracy - odhaczyć w kompie, wydrukować, pobrać należność, wydać resztę. Jak się to robi odpowiednio powoli część potencjalnych widzów z wybiciem piątej pójdzie precz, czyli zaoszczędzi się masę roboty, a szefowej powie się, że coś mało chętnych było. Właściwie nic się szefowej nie powie, bo niby dlaczego kasjerka miałaby się tłumaczyć z liczby sprzedanych biletów, niech się menedżer tłumaczy. Z czego wnoszę, że kasjerka nie jest emocjonalnie związana ze swym miejscem pracy. I tu sie deczko dziwię, bo raz słyszałam o ichnich zarobkach, to powiem tak: za te pieniądze z takim brzemieniem odpowiedzialności i wysiłku umysłowego - chciałabym pracować.
No cóż w każdym razie - za dwie piąta - widząc przed sobą jeszcze 20 osób - poszłam precz. Popołudnie zmarnowane. Na kino się obraziłam i więcej mnie tam nie zobaczą.
Jak tak dalej pójdzie, będę siedzieć w domu. Aż do Żoliborza wszystkie sklepy będę miała poobrażane. Do Bydgoszczy będę jeździć.
Jeśli natomiast ktoś z Bydgoszczy chciałby zobaczyć renesansowe nagrobki szlachetnych Pipanów, musi przyjechać do Krakowa i udać się na plac Mariacki, gdzie w ceglaną ścianę kościoła św. Barbary wmurowano epitafia Jerzego Pipana (zm. 1566) i jego żony Anny z Guldensternów (zm. 1541).
Ten to właśnie Jerzy Pipan pochodził z Lublany na Słowenii. Pojawiwszy się w Krakowie nabył po jakimś czasie kamienicę w Rynku nr 13. Pierwsza żona Anna dała mu czworo dzieci, a druga - wdowa Magdalena Kurzowa - jeszcze troje.
Jego najstarszy syn Jan - też aptekarz - miał trzech synów i siedem córek!
Tak powstała rodzina przez wiele lat związana z aptekarstwem, a przez to zamożna, o której wspomina Paprocki w "Herbach rycerstwa polskiego". Należała do niej apteka "Pod Złotą Głową" u wylotu Grodzkiej z Rynku.
Polski Słownik Biograficzny wspomina o dwóch Jerzych Pipanach - ojcu i synu, potomkach małżonków z nagrobka. Obaj byli aptekarzami i rajcami.
Jerzy Pipan ojciec (1568-1648) był synem Jana i wnukiem Jerzego z nagrobka. Doskonale wykształcony na uniwersytetach w Krakowie, Ingolsztacie i Padwie, zakończył studia uzyskaniem tytułu doktora medycyny, a nawet kawalera weneckiego Orderu Św. Marka. Na wezwanie ojca wrócił do Krakowa, przejął zarząd apteki i podjął praktykę lekarską. Wiadomo, że z jego usług stale korzystał Stanisław Lubomirski, późniejszy wojewoda krakowski. Był też Pipan lekarzem świeżo sprowadzonych do Polski karmelitów i nawet stał się ich dobrodziejem, bowiem pod jego wpływem Wawrzyniec Justimonti wybudował karmelitom kościół i klasztor na przedmieściu Wesoła. Dziś jest to Szpital Św. Łazarza. Natomiast najsilniejsze więzy łączyły Pipana z jezuitami, leczył ich, często wzywany nawet do Sandomierza, nieraz dostarczał im darmo leków ze swej apteki, a w nie raz powtarzających się okresach zarazy zabierał dwóch lub trzech jezuitów do swej wsi Karniowice koło Trzebini. Wieś tę nabył w 1615 roku od swego pacjenta, wspomnianego już Stanisława Lubomirskiego, i wzniósł tam barokową sześcioboczną kaplicę Św. Marii Magdaleny, która na zewnątrz kryta była oryginalną, dzwonowatą kopułą z drewnianą latarnią. Kaplicę poświęcono z upoważnienia biskupa Szyszkowskiego w 1624 roku.
Tu od razu zagadeczka: W JAKI SPOSÓB KARNIOWICE ŁĄCZĄ SIĘ Z KRAKOWEM?
Prawie napaliłam się na Przyprawę do Karniowic, coby tę kaplicę i dwór obejrzeć, ale wyczytałam w internecie, że całość należy obecnie do prywatnego właściciela i jest niedostępna.
Ponieważ brat Jerzego, Mikołaj (też aptekarz), zrzekł się na jego korzyść praw do majątku po ojcu, Pipan stał się zamożnym człowiekiem. Oprócz wspomnianej apteki posiadał dwie kamienice przy ul. Grodzkiej i w Rynku, dom, ogród i łąki za bramą Mikołajską oraz dwa kramy sukienne i kram "bogaty". Ot, jak popłaca farmacja. Dbał przy tym o splendor rodziny i już w 1604 roku wystawił sobie i rodzinie grobowiec na zewnątrz kościoła św. Barbary - tyle że nie zachował się on do naszych czasów.
Jako rajca urzędował od 1607 roku, z przerwą na pełnienie funkcji wójta, ale wrócił do rady na wyraźne żądanie króla i brał udział w jej pracach aż do 1639 roku. Kilkakrotnie posłował na sejmy Rzeczypospolitej. W 1632 roku nadzorował prace przy wznoszeniu bram triumfalnych na koronację Władysława IV, przemawiał też w czasie uroczystości homagialnych na Rynku, a po przysiędze rajców wręczył królowi sześć dużych pozłocistych roztruchanów. Władysław IV pasował go wówczas na kawalera złotej ostrogi - eques auratus.
CO TO BYŁ ZA TYTUŁ I DO CZEGO UPRAWNIAŁ?
Z małżeństwa z Elżbietą - córką bogatego kupca warszawskiego Andrzeja Humieckiego - doczekał się trzech synów i cztery córki. Ludzie mieli kiedyś rozmach.
Następnym razem opowiem o jego synu, też Jerzym, a dziś jeszcze pytanka:
JAKA INNA RODZINA PRZEJĘŁA APTEKĘ "POD ZŁOTĄ GŁOWĄ"?
W XIX wieku w aptece owej sprawiono rzeźbiarską galerię portretów królów Polski. KTO BYŁ ICH AUTOREM?
Był to artysta urodzony w Krakowie, działający głównie we Lwowie, a zmarły śmiercią samobójczą w Warszawie. Twórca ten, zanim wyjechał do Lwowa, prowadził w Krakowie pracownię, która stała się ważnym miejscem spotkań i dyskusji kręgów artystycznych. GDZIE ONA SIĘ MIEŚCIŁA?
Na poprzednie odpowiedzieli: Nigdziebadz, Nadjamfotos, Fotokaroli, Wasilka, Ascaro, Tartuffe i Saxony3.
Inni zdjęcia: 1435 akcentovaClonnage. ezekh114Sobota patusiax395... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24