Córunia przyniosła do domu świadectwo. Na tym bym właściwie ten temat zakończyła. Bo różne już świadectwa widziałam, ale takiego to jeszcze nie. Uchylę lekko rąbka tajemnicy, jeśli powiem, że ocen jako takich to na nim nie ma? Cóż, to jest właśnie piękne w życiu, że dostarcza nam ono rozmaitych wrażeń. Jednak jakąś cenę trzeba za to płacić, więc na stole leżą bilety do teatru na dzisiejsze popołudnie, za karę Córunia ma mi towarzyszyć... Przyznam się Wam jednak, że wczoraj nie znalazłam w sobie śmiałości, żeby jej o tym powiedzieć, rozumiecie sami, pierwszy dzień wakacji i od razu TAKIE COŚ? Na razie słodko sobie śpi i nie wie, co ją czeka :)
W kwestii natomiast amoroso donoszę, że dalszego ciągu na razie brak, kolejna Wizyta Starszego Pana powinna nastąpić w nadchodzącym tygodniu. Który, względem pracy, przedstawia się dosyć szczególnie. Otóż w zimie dostałam prikaz od Derechcji, że mam wziąć wolny luty i potem jeden wolny miesiąc w wakacje. Od razu zastrzegłam sobie, że to będzie sierpień, bo wtedy zawsze przyjeżdża Psiapsióła z Daleka. I oto teraz Derechcja oznajmia mi:
- Jest dużo tłumaczeń do zrobienia, będziesz musiała zostać na parę dni lipca.
Że ke??? Przecież ja cały lipiec pracuję!
- Nie. W sierpniu.
Ależ skąd, w lipcu, przecież moja przyjaciółka...
- Pierwsze słyszę.
Można by powiedzieć, że łże w żywe oczy - gdyby w oczy patrzyła, ale jej narząd wzroku zawsze ślizga się po bokach.
Słabo mi się zrobiło. Przecież umówiłyśmy się, że biorę wolne w sierpniu.
- Nieprawda.
Co można odpowiedzieć na takie dictum?
W nocy nie mogłam usnąć. Chodzi o to, że pracę mam rozbabraną, bo przecież miałam przed sobą jeszcze miesiąc na jej wykonanie. O czwartej nad ranem przyszedł mi do głowy POMYSŁ i wtedy dopiero zasnęłam. Nazajutrz oczy jak szpilki, ale idę do niej na rozmowę i przedstawiam POMYSŁ.
- Skoro ja jestem DLA CIEBIE potrzebna w sierpniu, a dla MOJEJ pracy w lipcu - będę pracować oba miesiące - z wyłączeniem tygodnia dla mojej przyjaciółki, który odrobię podczas urlopu przyszłorocznego.
Zgłupiała. Tego się nie spodziewała.
- No a kiedy będziesz miała wakacje?
- Już miałam. W lutym.
No to ona się musi zastanowić. Da mi znać do jutra.
Oczywiście jutro przeszło bez słowa z jej strony, bo to dobrze zostawić kogoś na weekend w niepewności, niech się marynuje. Tak więc dalej nic nie wiem.
Za to o Mańkowskim wiem co nieco.
Leon Mańkowski (1858 - 1909) urodził się we wsi Sainka na Podolu. Miał dwóch braci: Aleksandra i Piotra. Wszyscy trzej kształcili się a to w Berlinie, a to w Dreźnie, a to już w Lipsku, z czego wnoszę, że ojciec Walery Mańkowski właściciel dóbr i były marszałek szlachty powiatu jampolskiego - musiał być dobrze sytuowany.
Każdy z braci zapisał się w historii ojczystego kraju: Piotr został biskupem kamieniecko-podolskim, a Aleksander dramaturgiem i powieściopisarzem. Co ciekawe, ten ostatni ożenił się we Florencji z księżniczką Vittorią di Carpegna Falconieri i po I wojnie światowej zamieszkał we Włoszech na stałe i tam zmarł, w rodowej posiadłości małżonki.
Natomiast Piotr Mańkowski, zanim został biskupem, sprowadził do Kamieńca zgromadzenie zakonne Córek Najświętszego Serca Maryi, które było uznawane przez władze państwowe za nielegalne, toteż proboszcz Mańkowski za karę został usunięty z Kamieńca bez prawa objęcia innej parafii. Z kolei, gdy 7 lat później został konsekrowany na biskupa kamienieckiego, Kamieniec po pokoju ryskim przypadł Związkowi Radzieckiemu i Mańkowski musiał osiąść w Buczaczu, gdzie prowadził seminarium duchowne. Gdy zrezygnował z rządów diecezją, przeniósł się do Włodzimierza na Wołyniu. Zmarł zaś w wagonie kolejowym na trasie Przemyśl - Lwów.
A' propos, od razu zagadeczka:
CO POCHODZI OD ŁACIŃSKIEJ NAZWY WŁODZIMIERZA?
No ale wracamy do Leona.
Wykształcił się on na doktora praw na Uniwersytecie w Lipsku, ale było mu mało, więc w 1885 roku rozpoczął studia slawistyki i sanskrytu we Wrocławiu. Cztery lata później uzyskał doktorat z filozofii, a w 1892 roku habilitował się na docenta sanskrytu na podstawie pracy o Pańczatantrze wydanej w Lipsku. Wkrótce przeniósł się do Krakowa i w 1893 roku rozpoczął wykłady z sanskrytu jako docent na UJ. Stało się to możliwe dzięki temu, że habilitacja została przeniesiona na UJ i powstała - właśnie dla Leona Mańkowskiego - pierwsza w Polsce katedra sanskrytu.
Tu mała dygresja: pacholęciem będąc kopałam w Tatowej bibliotece poszukując czegoś dla siebie i do dziś pamiętam lekturę "Pańczatantry" i jej kontynuacji "Księgi papugi" z wypiekami na twarzy. Takie poszukiwania zresztą różnie się kończyły, kiedyś z triumfem wyciągnęłam książkę zatytułowaną "Nelly. O kolegach i o sobie" - będąc przekonaną, że to dalszy ciąg "W pustyni i w puszczy". Cóż, niekoniecznie :)
Mańkowski wykładał, z przerwami, przez osiemnaście lat. Z zachowanych zapisków trudno wywnioskować o jego dydaktycznych umiejętnościach. Wiadomo tylko, że na początku na jego wykłady przychodziły tłumy, jakich nie mogły pomieścić uniwersyteckie sale. Tak olbrzymie było zainteresowanie Indiami, sanskrytem i filozofią indyjską.
Ciąg dalszy następnym razem, a tymczasem pytanka jakieś.
KTO BYŁ NAJWYBITNIEJSZYM UCZNIEM MAŃKOWSKIEGO?
(podpowiedź: ten od MICKIEWICZU...)
JAKIE CZASOPISMO NAUKOWE ZAŁOŻYŁ MAŃKOWSKI?
AUTOREM JAKICH POWIEŚCI BYŁ ALEKSANDER MAŃKOWSKI?
Na poprzednie pytania odpowiedziały Mea i Surima i Jitka i Saxony3 i jeszcze Deodatokrk, który miał to szczęście zaliczyć Muzeum Lenina, mieszczące się niegdyś w pałacu Mańkowskich przy ul. Topolowej 5, widocznym na zdjęciu. Ja nie, ach, jak żal :(
Choć z drugiej strony czytałam, że jedynymi pamiątkami po Leninie wśród eksponatów muzeum były widelec i butelka po oranżadzie, których Lenin używał podczas posiłku w restauracji przy ulicy Zwierzynieckiej w Krakowie :)