Pewnego pięknego deszczowego dnia Sekretara zeszła z góry i powiedziała:
- Chcę umrzeć.
Dwa dni później wróciła od Derechcji cała czerwona i zagroziła:
- Ja ją zabiję.
Potem Rachunkowy wrócił od Starej ze słowami:
- Ta k...a stara, ta c...pa niemyta.
Powtórzonymi wielokrotnie. Dosyć donośnie. Skoro ochrona piętro niżej słyszała, to i sama zainteresowana piętro wyżej powinna była usłyszeć. Mogłaby się wreszcie zainteresować, co to po polsku k...a jest, bo w jej obecności też to słowo już padło nie raz.
Ale po naszej Starej wszystko spływa, jak po - excusez le mot - kaczce. Plują, znaczy deszcz pada. Ona robi swoje.
Zawołała też mnie, żeby mi zaproponować asystowanie. Och, jak mi było przykro. Och, jak żałowałam, że nawał pracy raczej mi na to nie pozwoli. Och, tak bardzo bym chciała jej pomóc. Och, może zejdzie do mnie, to jej pokażę, jak zorganizowałam sobie pracę, może będzie miała lepszy pomysł, który zaoszczędzi mi czasu i będę mogła go przeznaczyć na sekretarzowanie jej. Och, są oczywiście dni czy tygodnie, kiedy tej pracy mam mniej, ale są miesiące, takie jak MAJ I CZERWIEC, kiedy jest jej potąd. Hi hi hi. Na razie spokój. Ale Derechcja nigdy się nie poddaje. Zawsze po wakacjach może się okazać, że mam nowy zakres obowiązków :)
A tu w zakresie Waszych obowiązków leżała odpowiedź na parę zagadek i CO JEST? Nie wiecie, jak dawniej mówiło się o pacjentach psychicznych? Taki delikwent to był pacjent z Angielskiego Ogrodu. Brało się to stąd, że klinika psychiatryczna szpitala św. Łazarza była położona w tak zwanym Ogrodzie Angielskim ciągnącym się od ulicy Lubicz w kierunku ul. Kopernika.
I tak zgrabnie dotarliśmy do ul. Lubicz, gdzie pod numerem 36 obecnie znajduje się zarośnięta krzaczyskami parcela.
Tartuffe nawynajdywał jakichś Naymanów i Ważyńskich związanych z Lubicz, jakichś tam szlachciurów, a tymczasem chodziło po prostu o ogrodników Freege.
Wszystko zaczęło się w połowie XIX wieku, przy tej samej ulicy, ale pod numerem 4 - gdzie znajduje się tzw. pałacyk Wołodkowiczów. Kiedyś położony on był w rozległym parku angielskim i otoczony pięknym kwiatowym ogrodem. Właścicielem rezydencji był wówczas hrabia Piotr Moszyński, znany krakowski filantrop i kolekcjoner. Założeniem i pielęgnacją ogrodu zajmował się Karol Freege, urodzony w 1832 roku na Śląsku Opolskim.
Moszyński sprowadził go stamtąd w 1857 roku ufny w jego talenty wzbogacone fachowym wykształceniem zdobytym w Niemczech i Anglii. Pan Karol spełnił pokładane w nim nadzieje. Pod jego troskliwą opieką park i ogród hrabiego rozkwitły, a niebawem zaowocowały kapitalikiem, który Freege, zadomowiony już w Krakowie i tu ożeniony, zainwestował w 1870 roku w dwumorgową parcelkę przy ul. Lubicz 36, by założyć własne ogrodnictwo i szklarnie.
Z małżeństwa z Teresą Krechon doczekał się kilkorga dzieci. Sam był wyznania ewangelickiego, ale potomstwo zupełnie się spolszczyło i przeszło na katolicyzm.
Po śmierci Karola w 1884 roku kierownictwo zakładu objął syn Ludwik (1866-1899), który również odbył studia i praktykę w Niemczech i Anglii. Ale o nim już następnym razem.
Źródło: PSB oraz "Na krakowskim ck bruku" Jana Rogoża.
Na skotnickie zagadki odpowiedziała Surima. I Papafaraon. Dodam jeszcze, że w dawnym dworze w Skotnikach mieści się szkoła, a w forcie - archiwum Urzędu Miasta Krakowa.
A teraz pytanka na niedzielę, związane z pierwszym pracodawcą Karola Freege:
CO DZIŚ MIEŚCI SIĘ W DAWNYM PAŁACYKU HRABIEGO MOSZYŃSKIEGO?
KTO NAMALOWAŁ JEGO CAŁOPOSTACIOWY PORTRET?
ZA KOGO HRABIA WYDAŁ CÓRKĘ MARIĘ?
GDZIE ZNAJDUJE SIĘ JEJ PORTRET MALOWANY PRZEZ MATEJKĘ?
GDZIE WSPOMNIANA CÓRKA MIESZKAŁA?