Decyzja o powtarzaniu niemieckiego została podjęta z całą premedytacją. Otóż znów biorę Flunarizinę na globusy i znów czuję, że nadchodzi depresja. Ta, co to, wiecie, Pan Dochtór twierdzi, że łyżka na to niemożliwe i że absolutnie nie po Flu. Więc postanowiłam przeciwdziałać na własną rękę, zmuszając się do robienia czegoś, tak no, systematycznie. Systematycznie oznacza, że mamy 10 stycznia, a przerobiłam 5 lekcji. W razie czego mam jeszcze w odwodzie podręcznik do rumuńskiego. On stoi na półce za choinką, więc teraz nie mogłam się do niego dostać, ale gdy zdechnie postanowienie niemieckie, będzie akurat czas na striptiz choinki i ruszę z rumuńskim z kopyta. W księgarni widziałam też podręcznik do tybetańskiego czy cóś, ale z kim ja sobie po tybetańsku pogadam?
A tak na serio, to znowu się pokładam i nie ma bardziej kuszącego projektu, jak po powrocie z Fabryki walnąć się do łóżka. No ale tłumaczę sobie, że jest zima, a w zimie zwierzęta (niektóre) śpią, więc to naturalna chęć. Nie trzeba z nią walczyć, prawda? Przyjdzie wiosna, to będzie gdzie z domu wyjść. Chyba że do tej pory przestanę w ogóle z łóżka wychodzić, nawet do pracy. Zwłaszcza że Derechcja przysłała mi ostatnio maila w tonie JAK CI COŚ NIE PASUJE, TO NIE MUSISZ TU PRACOWAĆ. W ogóle nie wiem, w związku z czym. Wariaci tak mają. Rozważam różne możliwości: preclarka, układaczka towarów w sklepie (odpada, podobno przyjmują na trzy miesiące, nie płacą ZUS, bo niby na przyuczeniu, po czym zwalniają), pani do sprzątania (schudłabym), pani do dziecka (odpada, albo ja albo dzieci), dzisiaj doszłam do wniosku, że pilnowaczka w muzeum by mi pasowało - ciepło jest. Tylko umrzeć idzie z nudów. Są inne propozycje?
A co pisze dalej Marta Wyka o trumnie?
Mieszkam w tym domu, a historie domów zawsze mnie pociągały, nawet tych, które z biegiem lat stały się muzeami upodobań ich byłych właścicieli. Łączy mnie z nimi przede wszystkim wyobraźnia. Czasem coś zakłóca jej harmonijny bieg: "Palić zioło jest wesoło", oznajmia graffiti, kiedy wchodzę dziś na moją klatkę schodową. Więc uciekam szybko w głąb, bo tak wesoło znowuż się nie miewam. Cofam się.
Klatka schodowa zmienia się jak w ujęciu filmowym. Widzę czerwony chodnik na błyszczących schodach i schludną dozorczynię, zbierającą miotełką niewidzialny kurz. Klatka lśni jak przed balem, choć przecież niedaleko już do wielkiego postu. Fasada trwa w czarnej wspaniałości i godności, oficyna żyje własnym rytmem. Na kuchennych schodach rozmawiają sługi, udające się właśnie na zakupy. Nie wypada zaglądać do cudzych koszyków, żeby podglądnąć, co jada profesor z pierwszego i asystent z parteru. Jakaż wysoka wydaje się ta gorsza strona, podwórko przy niej ciemne, studzienne, skrzypi towarowa winda i dudnią zsypy na śmmieci. Służące wchodzą tylnymi drzwiami wprost do kuchni i ostrożnie zamykają drzwi od pańskiej strony, żeby zapachy rosołowe nie niosły się na mieszkanie. Od rana pracowite mieszanie w garnkach; od rana konsultacje z profesorskimi małżonkami. Mówiłam Marcysi, że cebulę trzeba najpierw zblanszować... Marcysia pociąga nosem, bo u niej w domu nigdy takich ceregieli z cebulą nie wyczyniano, ale ona w mieście bardzo chciałaby zostać. Wrzuca do szaflika obrane ziemniaki i czas znowu trochę posuwa się do przodu. W pobliskim kościółku dzwonią na południe. Ile jeszcze czasu do wieczora! Ile czasu do wychodnego! Pogrążona w marzeniach Marcysia nieodwołalnie przypala cebulę, sąsiednie balkony strofują nieszczęsną, pani zaciska usta i nic nie mówi. Deser skazany jest na zagładę.
Czas odmierza się posiłkami, ilością zapisanych stron kolejnego dzieła, słownika, podręcznika. Wydaje się, że tak będzie zawsze, pomiędzy odmianą czasownika, nad którą pracuje właśnie profesor Klemensiewicz i nieustającą korektą poprzednich wersji wcześniejszych książek.
Źródło: Marta Wyka - Przypisy do życia, WL 2007
No to pytanka:
O JAKIM TO POBLISKIM KOŚCIÓŁKU MOWA?
KTÓRA Z MIESZKANEK TRUMNY POSTANOWIŁA WSTĄPIĆ DO POBLISKIEGO KLASZTORU?
JAK ZGINĄŁ WSPOMNIANY PROF. KLEMENSIEWICZ?
MIESZKA CZY NIE MIESZKA W TRUMNIE ALICJA?