Matko, jak to mnie popędzają, kobicinę biedną... jak to nie dadzą pospać... chłopy jednak to dranie... bo to [b][i]Yankes44 i Martineden[/i][/b] tacy niecierpliwi...
Dziś 24-ty... za równe dwa miesiące będę lecieć do Wenecji, ja wiem, że ja w kółko o tym samym, ale - nie da się inaczej. Ja normalnie JUŻ mam reisefieber! Udaliśmy się zgodnie całą rodziną w czwartek do Wydziału. Paszportowego znaczy. Ach, co za emocje. Najpierw, wiecie, podróż tramwajem. Siadłyśmy sobie z Córunią gdzieś na przedzie, a Chłop znalazł sobie miejsce z tyłu. Jadymy, jadymy, wsiadają kanary. No a Chłop ma taką metodę podróżowania środkami komunikacji miejskiej, że kupuje sobie JEDEN bilet. Ja do dziś nie doszłam, jaka logika tym kieruje, w każdym razie oczywiście nie wiedziałam, czy ten JEDEN bilet to on skasował czy zaoszczędził na powrót... no i ponieważ kanary zaczęły od przodu to umyślnie przedłużałam szukanie portmonetki w torebce, szukanie karty w portmonetce, Córunia ma kartę miejską, więc facet musiał wyciągać z czeluści swojej KONDUKTORKI czytnik do kart... no i podjechaliśmy na następny przystanek. Myślę sobie: tu będzie akcja: albo oni wysiądą albo on. Ufff. Wysiedli oni.
Potem słyszałam, jak Córunia Chłopa pytała, czy miał bilet skasowany, ale odpowiedzi to już nie. Ja nie mam na to nerwów!
Sami widzicie, że już lekko podenerwowana docieram na miejsce. Wchodzimy. O! Mało ludzi! Jak fajnie! To wy stańcie do okienka, a ja pójdę do kasy zapłacić. Pani w kasie:
[i]- 210 zł proszę.
- Hę?
- 210 zł.
- A jak to, nie sto kosztuje dorosły?
- 140 od sierpnia, dla dziecka 70.[/i]
A niech Was jasna! Matko! Dobrze, że miałam tyle, bo nie byłam doinformowana.
Wracam do kolejki, akurat my. Najpierw mój.
[i]- Drugie imię dopisać.
- Adres poprzedni dopisać!
- Ale przecież pani zmieniała nazwisko![/i] (guzik tam, babo, weź no se doczytaj)
Dobra, przedziurkowała mi starannie paszport i wręczyła kartkę, że za miesiąc po odbiór. Teraz Córunia. Na wstępie zawału bym dostała:
[i]- Zdjęcia są niedobre.
- Ke?
- Za żółte.[/i]
Nosz! Fakt, ta mendoloza Córunia założyła do zdjęcia taką musztardową bluzę i ma ŻÓŁTE włosy z powodu, że z teściową coś kombinują z tymi kudłami.
Pokazuje mi kobieta na plakacie, co to ma tam wytyczne, jakieś faktycznie ŻÓŁTE zdjęcie, ale naprawdę żółte, dziewucha jak spod solarki prosto. Zaczynam się wykłócać, odsyła mnie do KIEROWNIKA.
Kierownik pomedytował, zeskanował to zdjęcie i w końcu - widząc chyba desperację w moich oczach - stwierdził, że cera jednak naturalna :)
Reszta (czyli zakwestionowanie dowodu osobistego Chłopa, bo zdjęcie jakby nie aktualne - no fakt, ma tam chyba 17 lat; oraz przedstawienie przez niego w charakterze drugiego dowodu tożsamości IDENTYFIKATORA z pracy) to już BETKA!
Za miesiąc idziemy tam znowu. Córunia ma się stawić po odbiór z legitymacją szkolną!
A teraz chyba niewiele literek mi zostało po tej pasjonującej zaiste opowieści! Toteż dla dopełnienia strzelę tylko jakieś [b]anegdotki profesorskie[/b] - mój ulubiony gatunek!
[b]Stanisław Pigoń[/b]. Niezrównany znawca literatury staropolskiej.
W końcówce swej kariery cierpiał na daleko posuniętą głuchotę. Przy stole egzaminacyjnym sadzał naprzeciw siebie zawsze trójkę studentów i uważnie obserwował, czy któryś z sąsiadów nie spieszy z pomocą odpowiadającemu. Podpowiadanie było więc wykluczone. Ale ułomność profesora wykorzystywano na różne sposoby. Student, który akurat nie miał nic do powiedzenia na zadany temat, zaczął płynnie mówić [i]Ojcze nasz[/i]. Profesor uważnie obserwował ruchy jego warg, potem poprosił o indeks, wpisał ocenę i na koniec powiedział:
- [i]A Wierzę w Boga Ojca powie mi pan już po wakacjach...[/i]
[b]Prof. Witold Taszycki[/b] podczas pierwszego wykładu sporządzał listę studentów uczestniczących w zajęciach. Układał ją alfabetycznie. Studenci siedzący w ławkach wstawali i przedstawiali się. Na końcu siedział pan Żurek i pan Żyga. Profesor nie był pewien pisowni nazwiska tego ostatniego (ż czy rz?), spytał więc:
- [i]Przepraszam, pan Żyga... przed Żurkiem czy po Żurku?[/i]
[b]Prof. Tadeusz Ulewicz[/b] znany był ze swoich wysokich wymagań i pewnych zasad, od których nie odstępował. Jedną z nich był wymóg, aby studentki podpisywały się w swoich indeksach tak, by było widać, czy są pannami czy mężatkami. Nowak - jeśli była kobietą zamężną - musiała podpisać się Nowakowa. Jeśli zaś była panną - jej nazwisko musiało mieć formę Nowakówna.
Największy problem miała dziewczyna (panna) o nazwisku [i]Kupaga[/i].
:)
A tak naprawdę - [b]JAK POWINNA BRZMIEĆ FORMA PANIEŃSKA TEGO NAZWISKA?[/b]
Na zdjęciu: fasada pewnego hotelu w obrębie Plant, który zafundował sobie małe Muzeum Archeologiczne.
No i pytanie:
[b]GDZIE TO JEST?[/b]