Z tym Rzymem to tak, aż się wstyd przyznawać, ale jakieś PRZECZUCIA miałam. I wcale mi się nie chciało jechać. Raz to depresyjka i pytanie ALE PO CO, NIC MI SIĘ NIE CHCE, NIE WARTO. Dwa to niejasne poczucie, że coś się wydarzy, a tu ta odpowiedzialność za Córunię jeszcze... i czepiałam się każdego pretekstu jak pijany płotu: a to, że może Derechcja się nie zgodzi (pech! zgodziła się!), a to, że choroba. W końcu dzwonię do noclegów, żeby spytać o czajnik. A tam mi mówią, że:
- Rezerwacja wypadła.
Ot tak, wzięła i wypadła. Dla przyzwoitości zadzwoniłam jeszcze w dwa miejsca, ale gdzie tam. Jak jest na ostatnich pięć dni, to nie ma na trzy pierwsze i w tym stylu.
Więc hurra, nie jedziemy! Pitolić bilety! Żadnych więcej kosztów nie poniesiono.
Powiedzcie sami, jakie ja mam szczęście! Nie dość, że nie chciałam jechać i pretekst się znalazł, to jeszcze zrobiłam wczoraj w końcu tego PIT-a... i akurat w tym roku dodali jakąś ulgę z tytułu wychowywania dziecka... raz się na coś to dziecko przyda... zwrócą mi nie tylko za samolot, ale jeszcze drugie tyle!!!
I tak to sobie tłumaczmy!
Jedyny minus to ten, że kiedy wszyscy inni bukowali sobie wolne na długi weekend, ja nie, bo przecież miałam jechać wcześniej... i teraz pewnie zostanę sama samiuteńka w robocie :)
Ot. A teraz możecie się po mnie przejechać, żem głupia.
Historia Dżoka mogła się zacząć tak:
"Pewnego wiosennego dnia do schroniska dla zwierząt w Krakowie przyszedł starszy pan. Mieszkał zupełnie sam w swoim niewielkim mieszkaniu. Było mu trochę nijako i coraz bardziej samotnie. Usłyszał, że w schronisku można znaleźć przyjaciela.
I znalazł go! Od razu, po kilku minutach! W jednej z klatek siedział czarny, lekko podpalany kundel, podobny do wilczura. Miał mądre oczy i wpatrywał się w pana Nikodema.
- Co trzeba zrobić, żeby dostać takiego psa? - pan Nikodem poszedł do kierownika schroniska.
- Trzeba podpisać tu i tu - kierownik pokazał kilka rubryk w dużym zeszycie. - No i obiecać, że się pan nim dobrze zajmie.
- To proste - uśmiechnął się pan Nikodem, podpisał się w dużym zeszycie i poszedł do sklepiku, żeby kupić obrożę, smycz, miskę i worek karmy.
- Obiecałem mu, że będę się tobą zajmować - poklepał psa po grzbiecie. - Mam nadzieję, że siępolubimy.
Pies nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Niezbyt pewnie pomachał ogonem, polizał pana NIkodema po ręce, kiedy ten zakładał mu obrożę. Potem nieśmiało wyszedł z klatki i żegnany szczekaniem terierów, jamników, owczarków i kundelków pomaszerował za swoim panem w nowe życie."
Tak mogło być. Tak przynajmniej zaczyna opowieść o Dżoku Barbara Gawryluk w książeczce dla dzieci Dżok. Legenda o psiej wierności.
Ale znana historia Dżoka zaczyna się któregoś dnia na jednym z najbardziej ruchliwych skrzyżowań Krakowa - Rondzie Grunwaldzkim. Przechodnie i kierowcy, widząc czarnego, podpalanego kundla, codziennie siedzącego w tym samym miejscu, jakby oczekującego na kogoś zaczęli się zastanawiać: skąd tu się wziął, na kogo czeka, jak mu pomóc? A pies najwidoczniej czekał; deszcz, śnieżyca, trzaskający mróz, wichura nic go nie było w stanie wypłoszyć z ronda. Nawet policja w trosce o jego bezpieczeństwo próbowała go zabrać z tego miejsca. Bezskutecznie, przegryzł siatkę, czmychnął. Ale gdy radiowóz odjechał, pies znów pojawił się na rondzie. Dobrzy ludzie podrzucali mu jedzenie, miskę z wodą. Jadł, pił, ale nikomu nie pozwolił się zabrać.
Siedział codziennie w tym bardzo ruchliwym miejscu bez względu na pogodę, czekając na swojego właściciela, którego z tego właśnie miejsca po ataku serca zabrało pogotowie. Pan psiaka zmarł, ale Dżok o tym nie wiedział, Dżok ciągle wiernie czekał.
"Dżok siedział na trawie. Wiedział, że jego pan przyjdzie. Zawsze zostawiał go przecież tylko na parę godzin. Widocznie to było coś bardzo ważnego. Trzeba było czekać. Zrobił się wieczór.. Pana Nikodema nadal nie było. Kiedy już zapadł zmrok, Dżok wyszukał sobie miękkie miejsce na trawniku przy rondzie. Zrobiło się cicho, przestały jeździć tramwaje, autobusy, tylko czasem przejeżdżał samochód. Ale to mu nie przeszkadzało. I tak nie mógł spać. Musiał czuwać, pilnować tego miejsca. Bo przecież tutaj będzie go szukać jego pan. Może jutro, jak zrobi się jasno..."
Ciąg dalszy jutro.
Milkivir i Deodato pierwsi na świecie. Po nich przyszli inni...
A na dziś takie zagadki naszykowałam:
RONDO GRUNWALDZKIE ZNAJDUJE SIĘ OBOK MOSTU GRUNWALDZKIEGO. KIEDY WYBUDOWANO TEN MOST I DLACZEGO NADANO MU TAKIE WŁAŚNIE IMIĘ?
JAKA WIELKA INWESTYCJA MA POWSTAĆ PRZY RONDZIE?
Od lat :)
***
Na pocieszenie kupiłam sobie na wrzesień bilecik do Wenecji...
Inni zdjęcia: Spring quenPostne refleksje c.d. locomotivPostne refleksje locomotivStadion żużlowy paulsa34133. atana... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24