Zbyt wiele słów, wręcz słowotok pcha się na usta, a tak naprawdę ani jednego z nich nie da się wykrztusić. Zresztą, chyba nie o słowa tu chodzi, a o wielką pustkę, która ciągnie się w nieskończoność. Nie rozumiem tego wszystkiego, co się dookoła dzieje. Nie pojmuje tego kurwa mać, ani jedną cząstką umysłu, a tym bardziej serca.
Boli, musi boleć. Nic nie ulatnia się z pamięci w takim tempie, jak bąbelki z szampana. Zostaje, oddziałuje na wszystkie organy, włącza się w najmniej odpowiednim momencie.
Czy mogę powiedzieć, że dawno nie czułam się tak samotna mimo że nikt mnie nie opuścił? Czy mogę uznać, że pewne braki, które się pojawiły są wyznacznikiem niekochania, skoro dobrze wiem, że wcale tak nie jest? Czy mogę sobie wytłumaczyć, że to tylko moja wyobraźnia?
Nie wiem, co mogę powiedzieć. Wiem, jak się czuję, i żadne słowa, żadne gesty nie zobrazują tego.
Minie, wiem, że minie.
PS Zdjęcie stare jak świat. Nie mam nic nowego. Być może dlatego tak rzadko tu jestem.