Franz Kafka "Zamek"
"Zamek" piętrzył się dumnie na półce już dłuższy czas. Kupiony za psie pieniądze na allegro. Zawzięłam się w sobie i postanowiłam poznać do końca twórczość jednego z moich ulubieńców. Owa książka wchodzi w skład tzw. trylogii samotności Kafki. Jej pierwszą częścią jest "Ameryka" (jej będzie poświęcony następny odcinek), druga to znany Wam dobrze "Proces", a trzecia to właśnie "Zamek". Ciekawe, że żadna z ww. pozycji nie została przez twórcę dokończona, ani wydana za jego życia.
Franz Kafka był niesamowitym autorem. Po jego śmierci wydane zostały teksty, które nigdy nie zostały skończone, i które są fragmentaryczne wszystko dzięki jego przyjacielowi, który złamał dane pisarzowi słowo. W czym tkwi jego fenomen?
Do tytułowego zamku nie wiadomo gdzie ulokowanego przybywa niejaki K. Skąd? tego również nie wiemy. Ma on objąć posadę geometry, jednak ostatecznie zostaje szkolnym woźnym. Od Kafkowskiej wsi czuć absurd na kilometr. Zarówno jej mieszkańcy a przede wszystkim urzędnicy za wszelką cenę uniemożliwiają K. objęcia przyrzeczonej posady. To, co od razu uderza czytelnika to budowane systematycznie, paciorek po paciorku niedorzeczne poczucie rzeczywistości. Wszyscy zachowują się jak w jakiejś malignie, a my wraz z kolejnymi stronami zapadami się po pas, po szyję w lepkiej mazi przeczucia nonsensu życia i jakichkolwiek decyzji, by coś zmienić na lepsze. Przez cały utwór główny bohater znosić musi oczywiście manierę biurokracji i urzędników jest to jakby echo z Procesu, które w tym dziele tłucze się jeszcze o stronice i czuwa nad całością niczym genius loci. Brak tu wyraźnego zakończenia, czy choćby kulminacyjnego punktu. Zarówno początek i koniec książki sprawiają wrażenie wyrwanych z kontekstu. Tak, to absolutnie cechuje tego żydowskiego pisarza. Jego twory przychodzą jakby z innego, pokręconego i nostalgicznego świata. Świat ów pełen jest metaforyki i ukrytych znaczeń. Trzeba sięgnąć głębiej, aniżeli do warstwy nieprzejednanego biurokractwa. To paraboliczna opowieść o sensie i potrzebie ludzkiej egzystencji tej wiecznej pogonii, no właśnie, za czym? Wiem jedno niepodrabialny pesymizm i fatalizm zioną wprost na czytelnika swoimi oparami.
Spotkałam się z ciekawą teorią, że "Proces" odczytać można jako wizja kary Bożej, a Zamek jako łaski. Czy i jak intepretować dzieło jest rzeczą sporną i zdaje się, że nierozstrzygalną. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się co poeta miał na myśli, ale nie o to tu chodzi. Po lekturze drugiej powieści Franza zostaje nam jedno: wycisnąć z treści, to, co uważamy za słuszne i przefiltrować przez swój własny pryzmat spostrzegania świata. Może to dobrze, że jej nie ukończył...
Dla mnie jednak "Proces" nadal góruje.
Wnioski: jeśli kogoś wciągnęła specyficzna historia i klimat "Procesu", to proszę kontynuować. Jeśli nie, pod żadnym pozorem nie grzęznąć dalej, bowiem "Zamek" kumuluje w sobie całą esencję poprzedniej książki i dokłada jeszcze stertę nowych, absurdalnych emocji.
Ocena: 8/10.
PS. Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy dorwał jakąś ekranizację? Czy takowa w ogóle istnieje? Liczę na jakieś rekomendacje!
PS2. A w tle Kraków, letnią porą.
Inni zdjęcia: 1434 akcentova4 / 4 / 25 xheroineemogirlxDzieciak suchy1906;) virgo123Pierwiosnki elmar... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24