To ja, Pele. Długo nie pisałem, bo nie nadążałem za zmianami. Nadal dużo nie kumam, ale trzeba opisać sytuację, bo jest trudna. Zaczęło się jakieś dwa miesiące temu. Człowiek przyjechał z nowym zwierzem i to wcale nie był kot. To była kotka! Człowiek powiedział, że to tylko tymczas i że szuka jej domu. No i znalazł. Po dwóch tygodniach Kot Kotulla pożegnał się z nami. W sumie fajna z niej była laska.
Później Człowiek wziął jakiegoś Padalca, ale tylko na jeden dzień, bo od razu znalazł się dom.
Najgorsze zaczęło się za trzecim razem. Przyjechało do nas takie małe, biało - rude. I już zostało na zawsze. Nazywa się Hania i może jej pozwolę czasem coś tu napisać. Laska na mnie leci, ale udaję niedostępnego. Pepa nie lubi, chyba nie czai jego zalotów. Byłaby wporzo, gdyby nie przywlokła ze sobą jakiejś zarazy, przez którą codziennie jeździliśmy do lekarza. Trochę się tego bałem, ale udawałem twardziela.
Teraz na szczęście jest spokój, bo Hance wycięli macicę. Musi przez tydzień chodzić w zielonym kaftaniku. Dostała przez to depresji i siedzi na szafie. Mówi, że zielony gryzie jej się z kolorem futra. Współczuję, gdyby mnie coś gryzło w brzuch, to bym się wściekł.
PS. Pepek prosi, żebym napisał, że nie nosi już klosza. To piszę. Chce też, żebyście wiedzieli, że już wygląda korzystnie, ale nie wierzcie w to.
PS 2. Na zdjęciu jestem po lewej, jak zwykle wyglądam dostojnie.