Wczoraj w nocy, a własciwie za dnia, przyśniło mi się, że zobaczywszy upersonifikowane, wrzecionowate ogniki, pod wpływem lęku straciłam przytomność, po czym ponownie wylądowałam w szpitalu.
Osobliwa tęsknota za tym miejscem pojawia się zawsze w snach, głównie w snach. Piszę 'osobliwa', ponieważ kiedy myślę w miarę logicznie - na tyle, na ile jeszcze logicznie mysleć potrafię - tęsknota za tym miejscem nawet mnie wydaje się irracjonalna.
Retrospektywnie: byłam chora i ciekawa (nie mylić z 'chora z ciekawości'), leżałam w łóżku wielkim jak transatlantyk i płakałam.
Słodki Jezu, jak ja się bałam.
Bogiem a prawdą, to nawet ja sama nie wiem czego: Nieznanego, brudnej kabiny prysznicowej, stygmatyzacji?
Leżałam w łóżku wielkim jak transatlantyk, płakałam, aż wreszcie usnęłam, bo śmiertelnie byłam zmęczona. Przed Armageddonem wypada się przespać choć pare godzin, bo chociaż sceny kręcone w takich warunkach wychodzą najbardziej autentycznie, gdy bohaterowie są zmordowani (i najlepiej do tego umazani błotem), to przecież nie wiadomo ile takie coś potrwa. A szanse na szybkie osiągnięcie stanu zmordowania są spore.
No i nadszedł, nadszedł Sądny Dzień. W moim trudnym przypadku najgorsza była jednak kabina.
Przeżyłam. Szkoda?
S ł o ń c e z a c h o d z i n a d w ę d z a r n i ą k r w a w o ...