Czerwone światło mknie ku niemu. Nasilają się szepty zza zasłony. Uśmiech spełza mu z twarzy, wpada za zasłonę. Umiera.
- Jak się umiera, czy to łatwe? - pytam.
- Jak zasypianie. Nie bój się tego - odpowiada poważnie. Dziwi mnie jego powaga.
- Tęsknisz?
- Za czym?
- Za życiem. Opowiedz mi swoją historię - proszę.
- Przecież ja znasz.
- Ale nie z twoich ust.
- Nienawidziłem ich - szepnął.
- Jesteś niegodny bycia Black'iem! - krzyczała czarnowłosa kobieta. Około 10-letni chłopiec stał przed nią z miną głoszącą pogardę i brak zainteresowania.
- Wybór należy do wybranych - rzekł z powagą.
- Mugole i szlamy! - wrzasnęła.
- Wybór należy do wybranych - powtórzył.
- Brak szacunku do własnej krwi! - ryknęła.
- Wybór należy do wybranych.
- Wybór? Jaki znowu wybór!? - krzyczy.
- Wybór rodziny. Nie chciałem żeby moją matką była zimna suka - rzekł spokojnie. Następstwem był piekący ból w policzku.
- A co z twoim ojcem? - pytam. Uśmiecha się.- Jeszcze gorzej.
Ciemny pokój. Gabinet ojca. Miejsce najgorszych wspomnień.
- Powiedziałem coś - warknął jego ojciec.
- Nie - rzekł twardo.
- Syriuszu!
- Nie i koniec. Nie będę studiowałam czarnej magi.
-
Crucio - ból nie do zapomnienia.
- Przecież byłeś jego synem! - wołam z oburzeniem. Znów się uśmiecha.- Nie martw się potem było już lepiej.- Potem? Czyli kiedy?- Jak poszedłem do Hogwartu. Bałem się, przyznaje - szczerzy zęby.
- Czego?
- Bycia Black'iem, ślizgonem.
- Ty jesteś Black'iem innym. Jesteś gryfonem.
- Ale ja tego nie wiedziałem wtedy jeszcze...
- Byle nie Slitheryn - szepta.
- Nie jesteś jak inni. Dziwne. GRYFFINDOR! - krzyczy tiara.
Oklaski Gryfonów. Jego nowych przyjaciół. Nie przychylne spojrzenia kuzynek. I uśmiech na twarzy Andromedy.
- Lubię Andromedę - mówię.- Ja też. Najlepsza z mojej rodziny.
- Uciekłeś, prawda?
- Uciekłem.
Trzaska drzwiami. Czuję powiew wiatru na twarzy. Jest wolny. Nareszcie jest wolny!
- Byłeś wolny. A ona? Kiedyś mówiłeś o niej.
- Była ona. Była. Dorcas - wzdycha.
- Jaka była?
Blond włosy opadały z gracją na odkryte ramiona. Mlecznoróżowe piersi odbijały się w jego oczach. Była jego. Była jego. Tylko jego i tylko dla niego.
- Co tak patrzysz - zachichotała.
- Jesteś piękna.
- Zobacz kopie - przykłada jego rękę do nabrzmiałego brzucha.
- Moja córeczka.
- Nasza... Syriuszu nasza...
- Zmarła razem z dzieckiem.
- On ją zabił. Je zabił.
Wyglądał jak wrak człowieka. Lily krzyknęła z przerażenia gdy zobaczyła go w takim stanie. Powiedział tylko dwa słowa.
- Zabił je
Lzy...
- A twoi przyjaciele. Rogacz, Lunatyk - wymieniam.
- Moi bracia...
- Lapa nie wierć się tak.
- No co!? Upchnąłeś mnie pod łóżkiem. Nie wygodnie mi.
- Jak cię Lily zobaczy to po nas.
- Wariaci - mruknął Remus.
- Wybieraj. Wybór należy do wybranych. Tym razem jesteś wybrany - mówię.
- Idę dalej...