"...Omijasz mnie spojrzeniem
Dotykasz bez finezji
nie stanie się cud
nie stanie się cud
Bije na rozstanie
w kościele Jakuba dzwon
Ochota piękna jak nigdy
ja bez ochoty trwam
Bije na rozstanie
w kościele Jakuba dzwon
Ochota zapachami mami
Ja bez ochoty trwam
nie stanie się cud
nie stanie się cud..."
Czasem tak strasznie chciałabym wierzyć. Wierzyć w Tego nad przyrodzonego na którego mogę zwalić wszystkie swoje życiowe potknięcia.Może wtedy czułabym się mniej winna, może łatwiej było by się godzić z losem.
Chcę sie schować. Chcę przyczaić sie jak szara mysza(tak, mysza-nie mysz) i przeczekać co będzie dalej.
Chcę zrobić mądre zagranie które zmieni ten zły los.
Chcę zmiany karmy.
Siedzę na przeciwko Ciebie i już nie wiem sama co czuję.
Może chce nadal wakacyjnych spacerów i śmiechu nad puentą pewnej sztuki.
Może chcę kolejnych delikatnych muśnięć palcami na łydce, masowanie stóp i może nawet nie chodzi o czystą, hedonistyczną rozkosz ciała.Ta bliskość na chwile przed, po, pomiędzy.
Możę chcę patrzeć na Twoją twarz na mostku.
Może chcę siedzieć przed Tobą i zakrywać się poduszką.
Możę chcę żebyś sie opierał, palił, pił herbatę.
Możę chcę ciasno otaczać Cię ramionami i myśleć ze jesteś i będziesz.
Może chcę tej pewności kiedy zapewniasz że nie zostawisz mnie samej z problemami.
A teraz siedzisz na przeciwko mnie i nie czuję nic.
Nie czuje pożądania, nie czuje zaufania, nie czuję pewności, nie czuje radości.
Nie czuję też jednocześnie nienawiści, bólu, zawiedzenia.
Nie wiem czego chcę.
Chcę tylko wygrać tę rozgrywkę...tylko co było by wygraną?
Utrzymanie wakacji czy jednak pewnej wejście w nowy dzień?