Późna godzina zmusza mnie do refleksji. Refleksji na temat samego siebie, jak i tego co mnie otacza. Kim jestem? Kim tak naprawdę jestem w tym całym wielkim świecie? Czy naprawdę coś znaczę? Jestem małym, szarym człowiekiem jakich pełno na tym świecie. Jestem sobą. Przynajmniej się staram. Bo ciężko jest być sobą w tym maratonie. Gdzie czasami za to można dostać w mordę, innym razem zostać odrzuconym. Mimo to, nie zmieniam. Nie zmieniam się po to, by zostać zaakceptowanym. Zostałem stworzonym takim jakim jestem, muszę siebie akceptować. Nie mam pretensji do Boga o to jaki jestem, jestem wdzięczny, że wg mogę żyć. Bo życie pomimo wszystko jest czymś kapitalnym. To dzięki niemu mogę sprawiać, że ludzie się uśmiechają. To dzięki niemu mogę mieć kontakty z ludźmi. To dzięki niemu mogę wg istnieć! Ktoś kiedyś się spytał co sądzę o kawałku Miłosza "List Do B". No więc. Ja wierzę. Nie jestem bywalcem kościoła, nie chodzę do jako takiej spowiedzi. Ale po prostu rozmawiam sobie co jakiś czas z Bogiem. I wiem, że on jest. Wiem, że to on daje mi siły na kolejny dzień. Spróbujcie kiedyś, nawet leżąc w łóżku, pomodlić się do Boga własnymi słowami. Nie modlitwami, poprostu, pomodlić. Powiedzieć co wam tak naprawdę leży na sercu, co robicie źle, czego nie rozumiecie. Tak się odnoszę do tego kawałka, o. Tak, znaczę coś w tym świecie. Każdy coś znaczy. Każdy jest kogoś gwiazdą na niebie. Można czuć się naprawdę małym człowiekiem, ale w sercu kogoś możemy być kimś największym. A życie? Życie jest jakie jest. Raz głaszcze, raz kopie po dupie. Taki jego urok. Ale i tak trzeba je kochać. Trzeba, kto nie kocha może się zabić, ale tu odsyłam do tracka 14.. I naprawdę, cieszę się z tego jak jest. Pomimo tego, że może chciałbym, żeby pewne sprawy obróciły się inaczej, niczego nie żałuje. Żadnej chwili, żadnego czynu. Szkoda czasu na żałowanie. Stwierdzam, że trzeba być wiecznym optymistą. Tak, na wszystko patrzeć w kolorach. Dlaczego? Bo tak jest fajniej. Po prostu, zero filozofii. W każdej swojej czynności dostrzegajmy jakieś pozytywy. I cieszmy się, nie tylko ze swoich osiągnięć, również z osiągnięć innych ludzi. Bo to moim zdaniem zajebiste jest, gdy ktoś ma powody by być szczęśliwym. I nawet swojemu najgorszemu wrogowi życzę, by był szczęśliwy. To nie nasza wina, że akurat nasze kontakty miały ułożyć się tak. Nie musimy się przyjaźnić, by któreś z nas mogło być szczęśliwym osobnikiem. A wiecie co jest moim największym marzeniem? Żeby na całym świecie ludzie byli szczęśliwi. Żeby się kuźwa uśmiechali, żeby mieli powody do tego. Wierzę, że to marzenie się spełni. Wierzę, że każde marzenie się spełni. One właśnie od tego są. Wiem, ciężko zostać optymistą w tych czasach. Ale nie próbujesz nie wygrywasz. Zdecydowanie. Warto, naprawdę warto, ja to wiem. Żyjemy też po to, by stawac się lepszymi. Nie idealnymi, nie ma ludzi idealnych. Ale, żeby za każdym raze poprawiać swoje czyny, działać więcej serduchem. I jeśli tylko będziemy chcieli, to ta droga będzie naprawdę prosta. Co nie znaczy, że mamy wybierać drogę przed siebie. Wybierajmy te na około, te niby trudniejsze. Ale gdy naprawdę chcemy, możemy wszystko. A gdy nam się już uda, zyskujemy wiarę w końcowy sukces. Porażki nas uczą, one mają nas uczyć, nie demotywować. Uczyć, motywować. Właśnie po to one są. Nie możemy się załamywać po nich, a wr. Musimy działać, iść, a napewno nam się uda. Obiecuję to wam ja. Wybaczcie mi może ten mój optymizm, ale już tak jakoś jest ze mną... Ciekawe, kto przeczyta, kto wysunie jakieś wnioski. Kurwa, ja naprawdę wierzę...