Justin
Wyszedłem wcześniej z pracy, po tym jak dowiedziałem się o prawdziwej przyczynie dlaczego Isabella została moja niewolnica seksu. Po prostu nie mogłem tego robić, nie mogłem siedzieć tam i udawać, że wszystko było w porządku i dalej prowadzić działalność, jak zwykle....bo to co robiliśmy było tak niezwykłe, jak można tylko dostrzec.
-Yo, Bieber. - Ryan zatrzymał mnie przy drzwiach wyjściowych z mojego biura.- Wychodzisz? Co jest?
Tak, prawdopodobnie powinienem powiedzieć coś swojemu asystentowi, prawda? Zobacz....Wszystko w mojej głowie było jednym, wielkim bałaganem. Nie-kurwa-bywałe.
-Tak. Po prostu przesyłaj telefony na moja pocztę głosową. Odsłucham je kiedyś indziej. A jeśli ktoś spyta, nie wiesz, gdzie poszedłem.- opowiedziałem.
-Ale, ja nie wiem gdzie idziesz.
-Dokładnie.
Odwróciłem się na pięcie i kontynuowałem drogę do wyjścia, ignorując Ryana.
-Wszystko jest w porządku? - zapytał. Nie, wszystko było nie w porządku. I nie, nie chcę o tym rozmawiać. Chciałem tylko pławić się we własnej winie i wyjść jakoś z tego bałaganu. Wiedziałem, że było tylko jedno takie miejsce, w którym kiedykolwiek mogłem uzyskać spokój i pogodę ducha, które potrzebuje na przeanalizowanie tego gówna, a ja nie pozwolę, żeby żadna Chatty Kathy opóźniła mój cel. Co oznaczało, że musiałem być niemiły. I byłem....dla kilku pracowników. Ale wiesz co? Nie obiecuje, że nie czują się lekceważeni, bo nie uśmiecham się kiedy pytają 'jak się mam' i nie odpowiadam im nic nie znaczącym 'Dobrze, dobrze. A ty?'. Mnie kurwa nie obchodzi, co tam u nich albo, że mały Johnny miał zasmarkany nos, albo ze Susie doszła do cheerleaderek, albo nawet to, że Bob w końcu dostał podwyżkę. Nie. Obchodzi. Mnie. To. Kurwa.
Wyszedłem z budynku i wskoczyłem do pierwszej taksówki, która zatrzymała się na moją prośbę, bo nie było mowy, żeby Riley mnie tam zawiózł. Nie chciałem, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie poszedłem. Było to nieodpowiedzialne? Być może, ale powtórzę, mam to w dupie. Przerzuciłem pięćdziesiątke dla kierowcy i powiedziałem -Sunset Memorial- i nic więcej.
-Jasna sprawa. Powiedz, ty nie jesteś tym dzieckiem, Bieber?
-Nie. Musiałeś pomylić mnie z kimś innym. - westchnąłem i oparłem się o fotel. On po prostu złapał mnie pod samym budynkiem "tego dziecka Biebera", z czystego przypadku. Więc to była jego wina, że musiałem go okłamać. On nie powinien zadawać takich głupich pytań.
Po długim, wielkim korku na przedmieściach, Seattle zniknęło z widzenia a przez chmury przebiło się słońce. To było dziwne, zobaczyć promienne smugi światła, które wyłaniały się z malutkich otwarć, zwłaszcza kiedy chmury wokół nich wyglądały, jakby zaraz miał z nich spaść ulewny deszcz.Ale uspokoiłem się trochę, kiedy paski słońca były coraz większe w miejscu, do którego właśnie jechałem.
Do Bieber Krypty.
Cóż, przypuszczam, że mauzoleum to poprawne określenie, ale Bieber Krypta po prostu lepiej brzmi. Tak czy inaczej, to było miejsce dla dwóch osób, które naprawdę mnie miały, które mnie kochały za to kim byłem...ale, jedna z nich, prawdopodobnie klepnęła by mnie w tył głowy, za to co zrobiłem
-Mam tutaj zaczekać?-zapytał taksówkarz, kiedy zatrzymał się na chodniku u dołu wzgórza, który doprowadzał do pochówku mojej rodziny.
-Nie. Jest dobrze- opowiedziałem.
-Czy na pewno? Wygląda na to, że lada chwila spadnie deszcz.
Dzięki za informacje o pogodzie Al Roker
-Tym lepiej.- mruknąłem po czym wyszedłem. Ulewny deszcz doskonale pasował do moich wewnętrznych odczuć.
Nie zrozumcie mnie źle, nie byłem typem emo, ani nie byłem bliski cięcia się, ale czułem się jak w pieprzonym piekle. Nie miałem żalu do siebie, za to jakim człowiekiem byłem, ale wszystko-- co Selena i Jake mi zrobili, co Jake nadal ze mną robi, co się stało moim rodzicom, co zrobiłem Isabelli--tego wszystkiego było po prostu....zbyt wiele. Na miłość boską, ukradłem dziewczynie dziewictwo, przeleciałem ja na tyle jadącego samochodu, kazałem jej ssać mojego fiuta na środku holu, wiedząc, że każdy mógł nas zobaczyć i to co zrobiłem na moim kochanym fortepianie. Cóż, ta część prawdopodobnie, nie była taka zła. Przecież ona wszczynała te gówna. Ale miałem szczerzy zamiar pieprzyć ją w tyłek. Kurwa mać.
-Cóż, nie czuje się dobrze, zostawiając cię tu samego, bez nawet ogrzania kości.- Taksówkarz powiedział, sięgając na drugą stronę fotela i podał mi papierową torbę, w której znajdowała się zamknięta butelka Jose Cuervo.
-Dzięki- powiedziałem, wręczając mu kolejną pięćdziesiątkę i wziąłem butelkę.
Poszedłem na sam szczyt wzgórza do rodzinnej krypty i usiadłem na marmurowej ławce naprzeciwko drzwi. Potem wyjąłem butelkę z torby, odkręciłem korek i wylałem pewną ilość na ziemię. Jakie to by było niegrzeczne, gdybym zaczął pić przed moim starcem, bez podzielenia się.
-Zdrówko-powiedziałem, nachyliłem butelkę i wziąłem łyk. Gorąc spłynął po moim gardle i wykrzywiłem twarz, prawie tak samo jak wtedy, kiedy podkradłem cos z barku, kiedy miałem trzynaście lat. Jake wyśmiał mnie za to, a ja nie chciałem wyglądać jak cipka, więc zduszałem swój kaszel. Zabawne jednak było to, że jak Jake miał swoja kolej, to to gówno wypłynęło mu nosem. Do tej pory widziałem to jak ściskał nozdrza i narzekał jak to pali, dobre kilka godzin po tym jak to się stało. Zachichotałem ze wspomnień, a następnie wziąłem kolejny łyk, patrząc w ziemię. Pieprzyć Jakea. I pieprzyć mnie.
Wciąż pamiętałem noc, kiedy straciłem rodziców. Oczywiście, że pamiętałem: ja ich zamordowałem, więc nigdy nie będę w stanie tego zapomnieć. Może nie przez moją rękę, ale to była moja wina i to czyniło mnie mordercą.
Jake i ja byliśmy jak zwykle pijani....przez nasze cholerne pomysły. Wierzę, że Grey Gosse (wódka) był winowajcą tamtej nocy, bo piliśmy ja jak wodę. Wyzwanie? Kto wypije butelkę szybciej - wyprostowany. Nie byliśmy ani trochę zaniepokojeni zatruciem alkoholem, nie obchodziło nas też to, że następnego dnia mieliśmy przyznawanie dyplomów i musieliśmy wstać z samego świtu. I żaden z nas nie był w stanie prowadzić żadnego pojazdu. Moi rodzice.....oni byli w drodze do domu z nocy w operze, kiedy do nich zadzwoniłem. Chciałem tylko od nich, żeby wysłali po mnie naszego kierowcę, ale mój ojciec bardzo się wkurwił, a mama się o mnie martwiła, więc nalegali, że sami nas odbiorą po drodze. Nigdy tego nie zrobili: jakiś inny skurwiel, który zdecydował, że to będzie dobry pomysł, żeby zasiąść za kierownicą pieprznego samochodu, zamiast zadzwonić po kogoś, zderzył się czołowo z moimi rodzicami. Oboje umarli na miejscu, trzymając się za ręce. Wiedziałem to, bo podszedłem do miejsca wypadku, od razu, kiedy zobaczyłem czerwone, niebieskie i białe światła. Byli tylko trzy przecznice dalej. Wygrałem to, ale za wysoką cenę. To była moja wina, ale matka Isabelli....to gówno było niczyja winą, a zwłaszcza nie Isabelli. Ona nie była nieznośnym dupkiem, który upijał się i pieprzył wszystko co miało przyzwoite cycki i ładny tyłek i uznawał to za doskonały przepis na dobry czas. Dlaczego więc jej kara jest tak wysoka?
Westchnąłem i spojrzałem w stronę ciemnej chmury nade mną.
-Powiedz mi co mam zrobić.- powiedziałem, wyrzucając ręce w powietrze w rozpaczy i wylałem znów trochę tequili z butelki. Przypadkowo, deszczowe chmury postanowiły puścić odciążenie. Miałem odpowiedź. Musiałem pozwolić jej odejść. Tak, wiedziałem to. Nie potrzebuje współczucia. Musiała być ze swoją matką i ojcem. Ale to było o wiele łatwiej powiedzieć niż zrobić.Przechyliłem znów butelkę, ale zanim ciecz wypaliła mój język, wyrzuciłem to gówno na trawiasty pagórek, na lewo od mauzoleum. Obserwowałem, jak butelka się toczyła, aż zatrzymała się w dolnej części wzgórza, po drodze gubiąc prawie całą zawartość. Symbolika była niezwykła. Isabella była owocem szatana. Za każdym razem, kiedy byłem blisko niej, mój umysł był otępiały a myśli niespójne. A teraz...była wolna, ale zawsze będzie małą częścią moich rzeczy, o które będę się martwic. Bo Isabella Groves łatwo nie wychodzi z umysłu, przynajmniej z mojego.
-Kurrrwa!- wykrzyczałem, ciągnąc się za włosy- po prostu.....kurwa!
Nie mogłem tego zrobić. Ja po prostu.....nie mogłem.
~*~
Byłem na cmentarzu jeszcze długo po tym jak zaszło słońce. To mogła być godzina, ale nie byłem pewny, bo czas zdawał się zatrzymać. Za to wiedziałem, że było mi zimno, a mój tyłek i obie nogi zdrętwiały z braku ruchu. No, z wyjątkiem jednej chwili, kiedy musiałem się odlać. Na szczęście deszcz trwał tylko pół godziny, a ja zdążyłem już wyschnąć. Ignorowałem burczący brzuch, spierzchnięte usta czy ciągle dzwoniący telefon. Ludzie mnie szukali. Wiedziałem to. To było tylko kwestią czasu, kiedy Jasmine wynajmie tropicieli, którzy znajdą mój ślad. Ale tylko jedna nazwa, która wyświetliła się na wyświetlaczu mojego telefonu, mnie zainteresowała. A to była Isabella. Nie zamierzam kłamać. Chciałem odebrać to połączenie bardziej niż cokolwiek. Chwyciłem słuchawkę po pierwszej nucie mojego dzwonka, patrzyłem na nią przez sekundę i ściskałem ją tak mocno, że jeszcze chwila a na pewno to cholerstwo by pękło. Ale nie odebrałem. Co miałbym do cholery powiedzieć?
-->
Inni zdjęcia: *** coffeebean1Szaszki. ezekh114... bominicniepasujexdRafałek Buduje bluebird11chad pablito21322132... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24... maxima24