-Czyż nie wyglądasz dobrze bez żadnej diety? - spytał z silnie karaibskim akcentem, przejeżdżając dłonią po moim ramieniu - Może po prostu muszę dorzucić się do twojej aukcji? Dziewica, tak? Mój Boże...
-Ręce precz od towaru, Marley, zanim będę musiał wyrwać wszystkie włosy łonowe z twojej paskudnej dupy - powiedział Gabe, przychodząc mi na ratunek i uderzając dłonią w ręce tego zboczeńca - Nie mógłbyś sobie na nią pozwolić z twoimi zarobkami, wiesz o tym. Dobra, gdzie jest Jamie?
-Jest zajęty i nie chce, by mu przeszkadzano - powiedział, a potem spojrzał na mnie - Ale dla ciebie może zrobić wyjątek. Tego wieczoru będzie bardzo bogatym człowiekiem, dzięki Tobie.
-Och, jestem pewny, że tak będzie i mam nadzieję, że udławi się każdym nędznym groszem - powiedział Gabe, przewracając oczami - Więc oszczędź nam to swoje przedstawienie i powiedz, gdzie on obecnie molestuje niewinne dziewczyny.
-Ostatnie drzwi po prawej - powiedział, wskazując swoją podkładką w tamtym kierunku - I Gabriel, może zaczniesz uważać na to, co mówisz, zanim zostaniesz na ulicy, bez pracy.
-Nieważne - zadrwił Gabe i machnął mu ruchem nadgarstka.
Przeszliśmy obok kolesia z dredami i ruszyliśmy dalej, mijając tłum kobiet stojących w kolejce. Było to różnorodne grono, ale większość nie wyglądała najlepiej, wydawały się być nękane jakąś chorobą. Ale było kilka wyjątków. Niektóre z nich nie wyglądały na starsze, niż osiemnaście lat: niewinne oczy, niezniszczona skóra - odzwierciedlenie mnie, kiedy byłam w ich wieku. Cholera, chyba jeszcze do teraz. To było smutne, chciałam złapać je wszystkie i zaprowadzić prosto do wyjścia. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co musiało się stać w ich życiu, skoro doprowadziło ich do tego miejsca, do tego, co zamierzały tutaj robić. Ale jestem pewna, że każda z nich miała swoją własną historię, tak jak miałam swoją.
Każda z nich miała numerek przyklejony na brzuchu i stały przed lustrami, które były na całej długości ściany.
-Dwustronne lustro - wyjaśnił Gabe - Każdy klient, który tu przychodzi, może obejrzeć wszystkie dziewczyny, które są "na sprzedaż" dziś wieczorem. Są stłoczone, jak bydło i wystawione na pokaz dla tych dziwacznych odludków, którzy z nieznanych powodów nie mają się z kim przespać i muszą zniżać się do tego poziomu
-Rany, Gabe, to wcale nie sprawia, że nie czuję się, jak gówno...
-Och, Skarbie. Wiesz, że nie to miałem na myśli - powiedział, chcąc bym poczuła się lepiej - Jesteś zbyt dobra, na tego typu rzeczy i dobrze o tym wiesz. Nie jesteś nimi - powiedział, wskazując na owe kobiety na korytarzu. - Ale rozumiem. Robisz to dla Renee i to jest najbardziej bezinteresowna rzecz, o jakiej kiedykolwiek słyszałem.
A te inne kobiety równie dobrze mogą mieć własne Renee w domu.
Dotarliśmy do końca korytarza i Gabe zapukał do drzwi. Jakiś głos krzyknął, byśmy weszli, ale kiedy Gabe wycofał się na bok i skinął w stronę wejścia, wpadłam w panikę. Byłam dosłownie kilka kroków od hiperwentylacji, przysięgam.
-Skarbie, spójrz na mnie - powiedział Gabe, zmuszając mnie do spojrzenia na niego - Nie musisz tam iść. Jeszcze możemy zawrócić i opuścić tą ruderę.
-Nie, nie możemy - powiedziałam.
Przechodziły mnie dreszcze, których nie dałam rady opanować, nie ważne jak bardzo starałam się uspokoić.
-Nie mogę tam iść z tobą. Teraz musisz działać na własną rękę - powiedział z nutką żalu i niepokoju.
Skinęłam ze zrozumieniem i pochyliłam głowę, by nie dostrzegł łez pojawiających się w moich oczach. Gabe przytulił mnie nagle do piersi, praktycznie pozbawiając mnie powietrza.
-Dasz radę. Cholera, może nawet będziesz miała z tego trochę dobrego seksu. Nigdy nic nie wiadomo. Może Don Juan, który będzie po drugiej stronie lustra, tylko czeka, by zwalić cię z nóg?
-Ha! Mało prawdopodobne - zakpiłam i nawet udało mi się nieco uśmiechnąć, wydostając się z jego bezpiecznego uścisku - Będzie okej. Tylko upewnij się, że ten palant, u którego skończę będzie wywiązywał się z umowy, w innym wypadku oczekuję, że naślesz na niego FBI gotowe do działania.
-Dziewczyno, masz to jak w banku. I znasz mój numer, więc nie upewnij się, że nie zapomnisz informować mnie co i jak, bo jak nie, to po ciebie przyjadę. Teraz muszę wracać do baru zanim stracę pracę i poufne informacje na twój temat. Ale pamiętaj, że bardzo cię kocham, suczko - powiedział, całując mój policzek - Zrób im piekło, Belly Bean*** - dodał, po czym klepnął mnie w tyłek i odwrócił się, by odejść.
-Też cię kocham, Gabe - powiedziałam pod nosem, bo był już poza zasięgiem słuchu.
Odwróciłam się w stronę drzwi, przygotowując się psychicznie, by przekręcić gałkę, zanim stracę nerwy i się wycofam. W sekundę, kiedy je otworzyłam, miałam ochotę zatrzasnąć je z powrotem i zacząć uciekać. Naprzeciwko mnie był mężczyzna z długimi, tłustymi blond włosami, które były związane w kucyk, bezlitośnie posuwający od tyłu jakąś biedną, szlochającą dziewczynę. Jego spodnie były wokół kostek, a koszulę miał nadal na sobie. Stękał za każdym razem, gdy jego biodra uderzały w tyłek kobiety i trzymał ją brutalnie za włosy.
Natrętny Kretyński Alfons.
-To potrwa ... jeszcze ... chwilę - stęknął, nawet nie zadając sobie trudu, aby przestać pieprzyć tą kobietę.
Odrzucił głowę do tyłu, z ostatnim pchnięciem i warknął jakieś trudne do zrozumienia przekleństwa. Dziewczyna szlochała w sposób niekontrolowany i potarła głowę w miejscu, w którym trzymał ją za włosy. James tylko się zaśmiał, a ja chciałam przeskoczyć przez pokój, niczym Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok i wyrwać mu te cholerne jaja. Kiedy jego oddech nieco się ustabilizował, uderzył dziewczynę w tyłek i powiedział
-Wynoś się, Bree. I nie waż się tu przychodzić, prosząc o pieniądze. Twoja cipka nie jest już wystarczającym zabezpieczeniem.
Dziewczyna wstała, pospiesznie zgarniając swoje ubrania i rzuciła się naga do drzwi. Kiedy przebiegła obok mnie z pochyloną głową, dostrzegłam ślady tuszu na całej jej twarzy i wyraz wstydu w jej oczach.
To nie będę ja. To nie będę ja, powtarzałam sobie w kółko w myślach
Odwróciłam się do James'a, przerażona tym, czego właśnie byłam świadkiem i nawet bardziej, bo jemu wcale nie przeszkadzało, że to widziałam.
-Jesteś obrzydliwy! - spojrzałam na niego z pogardą, nie zażenowana nawet faktem, że zdjął prezerwatywę i wyrzucił ją do kosza, po czym włożył penisa z powrotem do spodni centralnie przede mną.
-Ja jestem obrzydliwy? - zaczął, a jego głos podniósł się o oktawę, gdy spojrzał na mnie z niedowierzaniem - Masz zamiar sprzedać się komuś, kto zapłaci za ciebie najwyższą stawkę i ja jestem obrzydliwy? A to dobre - zadrwił, sięgając po papierosa, którego zapalił.
Nie chodziło o różnice, między tym co robiłam, a tym co on właśnie zrobił. Nie było porównania. Robię to, by ocalić życie swojej matki, a on robi to z chciwości i całkowitego braku moralności. Sprawa zamknięta.
-Możemy po prostu omówić warunki mojej umowy? - zapytałam z westchnieniem, ale zachowałam bezpieczny dystans od niego. Nie ufałam mu i nie bez powodu. Poważnie, jak można ufać takiej gnidzie, jak on? Gdybym miała jakieś inne możliwości, na pewno nie siedziałbym tu teraz.
-Racja - powiedział, siadając przy biurku i otwierając waniliowy folder z moim imieniem wypisanym czarnymi, pogrubionymi literami na górze - Osobiście mogę zagwarantować, że klienci na ten wieczór nie będą mieli problemu z dyskrecją. W sumie sami postawili taki warunek.