Pomimo rzeszowskich odwiedzin, masy dobrego wrocławskiego jedzenia i śmiechu przy amerykańskich komediach maj okazał się nie być tak udanym miesiacem jakim się zapowiadał.
Ledwie dobiegł końca długi weekend a na moją głowę spadły niczym wiadro lodowatej wody słowa promotor o wykreśleniu 2 rozdziałów z gotowej i oddanej już pracy mgr. Po wielu stresach, poszukiwaniach materiałów i nieprzespanym miesiącu oddałam nową, gotową pracę. Czas na obronę. W ostatnich dniach maja zawitałam na chwilę do domu. Babcia upiekła ciasto drożdżowe z kruszonką. Czasem brakuje mi tego wiejskiego spokoju, zieleni i ciszy. Niestety sprawy urzędowe nie potoczyły się pozytywnie. To nie jest kraj dla przedsiębiorców, dla ludzi kreatywnych i odważnych. Niestety. Wróciłam do wrocławia, a wraz z końce mojej podróży skończył się maj. Minął mi w kilka godzin. Potwornie szybko.
Obudziłam się w już w czerwcu. Przede mną godziny siedzenia nad OFFowymi tabelami, opracowywanie zagadnień do obrony i przeprowadzka.
Może się okazać, że wrócimy na stare śmieci- Sępolno. Niczym Ted Mosby prowadzimy tabelę plusów i minusów. Jest remis. Trzeba to przespać, przeczekać. Jest jeszcze kilka dni na decyzję. Póki co leniwa niedziela, dobra kawa, truskawki i jazz w słuchawkach.
Myślami jestem już w Londynie. Sercem przy siostrze a duszą na spektaklu Chicago.
______________________________________________________________
Zapętlenie dnia dziecka