Wszystkim nam był potrzebny ten weekend.
Dla mnie zaczął się w piątek od spotkania z K na tradycyjne już popołudniowe sushi i lody. W sobotę mały i udany shopping a w niedzielę zaskakująco dobry koncertw w znienawidzonym przeze mnie Eterze. W zasadzie koncerty były dwa, a po nich kolacja na świeżym powietrzu w Chaczapuri.
Nikt, ale to nikt nie spodziewał się takiego obrotu zdarzeń, bo to dopiero początek przygód.
W poniedziałek, po pracy, wybraliśmy się na mecz Śląska (koszykówkę). Choć przegraliśmy to gardła mieliśmy zdarte od kibicowskich przyśpiewek. Niewiele myśląc jeszcze w niedziele przechodząc przez kino w ramach skrótu drogowego zakupiliśmy bilety na nic innego jak na si-fi komedię o nazistach powaracających z kosmosu. Pozostawię to bez komentarza, choć musze przyznać, że się uśmiałam.
Po desce serów i winie obudziłam się w ciemnym, chłodnym i dość przyjaznym miejscu, nakryta kołdą od samej głowy po stopy. Nie pamiętam już kiedy było mi tak dobrze. Rolety i pokój z północnej strony świata zrobił swoje. Depresją przepłąciłam dziś drogę do pracy. Nie przypominam sobie bym ostatnio mogła swobodnie oddychać, nie zastanawiając się kiedy żar buchający z nieba wypali mi płuca. Mój mały pokoik na ósmym piętrze zachowuje się jak małe piekiełko. Nie niej jednak moje poranne załamanie zostało złągodzone propozycją ponownego spędzenia dnia, nocy i dnia w doborowym towarzystwie, przy grilu, przy śniadaniu na tarasie, kawie, winie i wielu innych atrakacjach, które czynią ten weekend wyjątkowym.
Jest dopiero środa. Boję się co jeszcze genialnego może mnie spotkać w najbliższych dniach. Zapanował spokój.