Można by rzec..
Zapadam się w swoim bycie.
Stoję na środku ulicy i patrzę na coś czego nikt, oprócz mnie, nie dostrzega.
Wpatruję się w punkt w którym łączy się nieboskłon z horyzontem ziemi i postrzegam centrum bytu. Ten punkt nie pozostaje w pamięci. nic co w nim trwałe nie zamierza ustąpić i zostać w świadomości. Jednakże jest coś, co sprawia, że gdy się odwrócę i będe chciała spowrotem oczyścić umysł z myśli. bo tak właśnie się dzieje gdy znieruchomiała stoję i patrzę, odnajduję na powrót to miejsce. od kąd mam wrażenie, że ten, kto mnie wyrzeżbił z prochów naszej ziemi, nie umie podążyć moimi spostrzeżeniami w kierunku przeznaczenia. Nie możliwe stało się dla mnie odnalezienie powołania. Coraz to bowiem częściej, zamieram. Nie jestem obecna ni duchem, ni świadomością.. Nie wiem nawet, czy ciało moje wciąż oparte jest na materialnym świecie.. Bo zarzekam się, jak tylko najbardziej mogę i potrafię, żę nawet ludzie mnie nie czują. Gdybym stanęła na ich drodze, przeszli by przeze mnie, jak przez istotę eteryczną. Bo jestem niewidzialna. Dla siebie, dla Ciebie i dla Nich. Nawet Bogu stałam się obojętna. Choć modlę się do Niego rano i wieczorem.. Płaczę, prosząc o łaskę z jego strony, bo ginę z każdą sekundą. Zanika moja osobowość i postawa żywotu. Upodlony z każdą sekundą sgrzyt zębami, każdej nocy, płacz gorzki i bez czekoladowego posmaku sprawiedliwości, przez każdą omdlewającą część mnie upragnioną..
'Do losu.'
Miłość mnie suszy..
Nieszczęśliwa, zapomniana i niewidzialna.
Taką stworzył mi los.
Zadrwił i porzucił na wiatr jak włos.
-Giń. Ale z serc utęsknionych.
Giń. I bądź potępiony.
-bo przeto Ty tylko, ranić umiesz tak trwale.
-O losie nikczemny..
Czemu mnie przychodzi cierpieć niebywale?..
Czemu ze zgliszczy ruin,
niegdyś zawalonych murów mego serca,
wzniesionych znów w fortecę,
zdobytą i odnoszącą zwycięstwa,
Każesz mi cierpieć,
i niszczysz starania moje,
o odrobinę cholernego szczęścia?...