Miała być notka w piątek. W ogóle to miałam być w Chorzowie, ale w ost. chwili znowu się wszystko wyjebało. Jak zwykle.
Nie będę o tym pisać, zajmować miejsca jakimiś zażaleniami, bo wiem, ze jestem w tym żałosna. Miejsce to ma dziś należeć do kogoś innego.
Jutro rocznica
Mimi. Wesoły. Bardzo dowcipny, choć więcej w jego humorze było sarkazmu i kpiny. Do końca silny. Nie, nie idealizuję go. On naprawdę taki był. Był, był, był... To słowa odbija się w mojej głowie jak piłka pinpongowa, choć to moze mało adekwatne porównanie.
Marcin.
Mimi.
Perkusista.
Człowiek.
Miał 17 lat. Tylko siedmnaście. To prawie nic. Zawsze mówił, że chce przeżyć osotanich parę lat jakby to było całe życie. Podobno na końcu powiedział, że prawie mu się udało. Nie osiągnął tylko jednego celu - nie ukończył pełnoletności. Dziś miałby 20 lat.
Mimi
Marcin.
Fajny chłopak.
Imponowało mi w nim to, że zawsze był sobą. Nigdy nie ćpał, choć co by mu to szkodziło. Nie palił. Nie chlał jak głupi dla popisu. Nie udawał kogoś, kim nie był. Prawdziwy hipis z zasadami. Ostatni jakiego znałam.
Mimi
Marcin
Białaczka
Płakać mi się chce. Czemu zabrali takiego porządnego człowieka, a takie niewdzięczne ścierwo jak ja wciąż musi się szlajać bo tym świecie.Ale przecież ja nigdy nie płaczę...