Miałam 8 lat, gdy zrozumiałam, że dla mojego ojca ważniejszy jest alkohol od rodziny. Na urodziny zamiast nowego misia zafundował mi gulę strachu w gardle. Przełykałam nerwowo ślinę, zaciskałam ręce, bo bałam się, że znów wróci pijany. A to, że tak będzie wyczuwałam od razu. Gdy w końcu przychodził, nadal modliłam się, żeby poszedł po prostu spać, trzeźwiał. Takie święto miałyśmy z mamą bardzo rzadko. Ojciec był pijakiem innego typu. Wracał po kilkugodzinnej libacji i robił nam w domu piekło. Wystarczyło, że zobaczył rozrzucone zabawki, albo 2 brudne szklanki w zlewie. Zaczynała się awantura. Wyzywał mamę od suk, szmat i pier*olonych dziwek. Gdy byłam mała zatykałam uszy i siedziałam w swoim pokoju schowana pod biurkiem. Ale mając te 8 lat nie mogłam słuchać, jak moja mama jest poniżana, jak płacze. Wychodziłam z pokoju i krzyczałam na niego. Płakałam i wydzierałam się jednocześnie. Nie tknął mnie. Ściszał głos i gdy nadal płakałam wychodził do kuchni, siadał za stołem i załamywał ręce. Było mi go żal. Dopiero potem żal przeszedł w nienawiść. Nie bałam się go, ale ze wszystkich sił pragnęłam, żeby nie żył. Dla kochanego tatusia, za jakiego starał się uchodzić wśród sąsiadów, byłam "gównianą smarkulą", "suką szczekającą na własnego ojca", "pier*olonym bachorem". Tak, bardzo mnie kochał...
mickiewicz