kocham obrowo.
dziś dzień był na prawdę udany, nie biorąc pod uwagę tego, iż poodwiedzałam kilka osób zmarłych, a tak bliskich.
spotkałam ciocię, wujka jednego i drugiego...poznałam dalszą rodzinę i w końcu udało mi się zamienić kilka słów z kuzynem.
później na obiad do babci. tam też było cudownie.
ma kochanego psa, wiecie? "Kajtuś bez majtuś". och.
szczerze? nie chciało mi się wracać do domu.
chciałam pobyć chociaż trochę na wsi - z dala od tej całej toruńskiej metropolii.
ale na samym początku mój humor zepsuł tata, który po raz kolejny pokłócił się z dziadkiem. pokłócił się ze swoim ojcem.
chociaż...powinnam już przywyknąć - babcia i dziadek mają rozwód.
a tata jest za swoją mamą, dziadek się stoczył i bęc. ale nie będę o tym pisała - bo po co kogoś ma obchodzić to co się dzieje u mnie w rodzinie, prawda? absolutnie tak.
no więc przez początek odwiedzin u dziadków chciało mi się po prostu płakać.
ale wszystko się wyprostowało - do czasu.
później dziadek wziął rower i gdzieś pojechał.
kiedy wyjeżdżaliśmy jeszcze go nie było.
boję się? potrzebnie? możliwe.
cholera. spadam.
*