Wyjątkowo bez zdjęcia córeńki, bo nie pasuje do tematu notki :).
A wpis chciałam dedykować Paulinie Początek, za niesamowitą cierpliwość do mojego marudzenia i garść naprawdę dobrych rad.
Nie ma róży bez kolców.
Nic nie trwa wiecznie.
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Te trzy "odwieczne prawdy" zdeterminowały moje myśli w ostatnich dniach. Może inaczej - moje myśli krążą jednak wokół zupełnie czegoś innego, ale te zdania w jakiś sposób pomogły mi to zaakceptować. Trochę w tym pesymizmu. Ale tylko troszeczkę.
Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem załamana. Nie uważam, że moje szczęście się skończyło, bo mam w swoim życiu promyczek, który zawsze będzie wypełniać mnie radością i zawsze podniesie mnie na duchu. Tym promyczkiem jest, rzecz jasna, moja Amelia. I mój Karol*. To się nigdy nie zmieni. Myślę nawet, że gdyby nie oni, w tym momencie byłoby mi ciężko się pozbierać.
To takie cholernie smutne, że największą nienawiść odczuwa się względem osób, które wcześniej się kochało.
Że całkowicie obcą osobą może pewnego dnia stać się najbliższy przyjaciel.
Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Może inaczej - wiedziałam, że faktycznie coś takiego się dzieje, ale nigdy nie pomyślałam o tym w swojej kategorii. Nie myślałam, że może to mnie dotknąć. No bo komu podczas fantastycznej zabawy, śmiechu i ogólnej wesołości przychodzi do głowy myśl "a co jeśli kiedyś przestaniemy się lubić?". Kto by się zastanawiał nad tym, czy przypadkiem nie żegnamy się ze sobą ostatni raz jako tak bliskie osoby? A niestety, nie ma róży bez kolców.
I może dlatego tak to cholernie boli. Bo na fakt utraty kogoś bliskiego - utraty w sensie oddalenia się od siebie - nigdy nie można się przygotować. A tym bardziej, jeśli się wierzyło w wieczność. W to, że się go nigdy nie straci. Że w końcu jest osoba, na którą można liczyć zawsze, z naciskiem na to słowo. Zawsze. Bez reszty.
Mimo wszystko, zrozumiałam, że jedyne co można zrobić, to to zaakceptować. Nic nie trwa wiecznie. Trzeba się pogodzić z tym, że tak jak przemijają kolejne lata, tak przemijają znajomości. Powiedzieć sobie trywialne "trudno" i zamnkąć ten rodział. Nie ma żadnego sensu załamywać się, chociaż było to pierwsze, co mi przyszlo na myśl. Iść dalej, po prostu. Co się stało, to się nie odstanie.
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Nawet, jeśli się to mleko cholernie lubiło.
* - I moja cudowna mama, braciszek, cała rodzina, przyjaciele... ale chodzi mi o to, by wszystkich wymienić, ale oddać sens tego, co mi siedzi w głowie.