No tak... Pora na chwilę szczerości. Nie byłam skromną myszką, która marzyła, żeby ktoś łaskawie na nią spojrzał i wreszcie pokochał. Potrafiłam być złośliwa wobec mężczyzn, którym się wydawało, że zasługują na moja wdzięczność, bo zwrócili na mnie uwagę. Robili to na własne ryzyko, nikt im nie obiecywał wygranej. Śmieszyła mnie ich próżność i egocentryzm. Gdyby przynajmniej jeden z nich chciał mi pokazać coś ciekawego, choćby jak rodzi się wiosna, powiedzieć, jak nazywają się szare chmury nad Warszawą, które z wysokich budynków wyglądały jak mgła. Wytłumaczyć, o co chodzi z tym dniem świstaka, dlaczego do konia trzeba podchodzić z boku, pokazać kolonię lęgową ptaków morskich, rozwiać niepokój... Ale oni woleli mówić o sobie. Niektórzy zaczynali tak: "Wiesz, obawiałem się do ciebie podejść. Boja się chyba ciebie mężczyźni, co? Ale pomyślałem, że w końcu zdobyłem niezłą pozycję, nie jestem nikim, niewielu rzeczy się boję". Może myśleli, że ich ośmielę, uśmiechnę się zachęcająco, ale po co? I bez tego wyglądali imponująco. Mówili głośno. Słuchali samych siebie. I siebie kochali. Z ogromną determinacją starali się mnie sobą zainteresować, ale nie byli ciekawi mnie. Po prostu pasowałam im do wyobrażenia kobiet wartych uwagi. Ale wcale nie przyglądali mi się uważnie. Wystarczyło, że dostrzegli, jaki mam kolor włosów i jakie nogi, a już tak bardzo potrafili mnie lubić i tak mocno chcieć. Ja nie byłam ich ciekawa. Być może dlatego, że nie podobali mi się mężczyźni, którym podobałam się ja...