byłeś kochany, potrafiłeś mnie rozbawić w dość dziwny sposób (udawaniem osoby trzeciej, wywalając się na prostej), dawałeś kwiatki, otwierałeś mi drzwi, uwielbiałam Twój śmiech, Twoje oczy, to w jaki sposób do mnie mówiłeś, Twoje głupie teorie na temat etykietek od szamponów, żelu i innych kosmetycznych rzeczy z mojej łazienki, lubiłam z Tobą gadać przez telefon, jak Cię waliło, jak śpiewałeś mi do słuchawki, kiedy niby się fochałeś, a tak na prawdę chciałeś zobaczyć co zrobię, Twój sentyment do biletu, do moich spinek i maskotki, lubiłam to, że przy Tobie mogłam w 100% być sobą, nie musiałam udawać kogoś kim nie byłam, że oby dwoje wygłupialiśmy się w M1 (np. jak bawiliśmy się w chowanego, rysowałeś mnie i takie tam), bitwa o żelki, oglądanie z Tobą filmów na klatce, Twoje głupie z lekka obrażające teksty do mnie o piesku, Twoje przyjazdy o 4 w nocy aby zostawić mi coś pod drzwami, napis na mojej ścianie i najcudowniejsza noc kiedy pierwszy raz powiedzieliśmy sobie, ważne słowa. Twoje rysunki w listach, dobrze dobrane słowa do sytuacji, fakt, że wiedziałeś kiedy pocieszyć, kiedy pomóc w potrzebie, kiedy przytulić, Twoje głupie wkręcanie, że "siedzisz na komisariacie bo coś tam" co okazało się totalą ściemą, bo chciałeś mnie wkurzyć, zobaczyć co zrobię, miałeś w sobie coś, czego nie potrafiłam dostrzec w kimś innym a jednak w Tobie to zauważyłam - patrz a jednak potrafię dostrzec w facetach jakieś zalety a w szczególności w Tobie, jednak szkoda, że ludzie się zmieniają i wszystkie plusy wymienione wyżej w Tobie wygasły na dobre. Dlatego dzisiaj raz jak na zawsze pozbedę się Ciebie, wszystkich wspomnień, wymienionych wyżej w tekscie rzeczy i uczucia którymi Ciebie dażylam.
I chociaż za pewne teraz walniesz na mnie foszka na amen, to chciałam tą notką pokazać Ci i komuś tam, kto pizga mi komenty z "wieszkto" , że jednak potrafię dostrzec jakieś zalety. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatecznie okazałeś się totalnym skurwielem.