Rzekłabym: polej mnie kwasem średnio mocnym i zwyobracaj niczem podłe ścierwo dni minionych.
Ale nie.
Paszkwilę się niemiłosiernie i mam zadatki na pektynę.
Weź mnie przygarnij, no cokolwiek. Powiedz mi chociaż, że jestem tępa, ale jakże lubisz mówić ze mną na tematy różne, różniste. Rozmawiać efektywnie, mniej lub bardziej.
I ogólnie smutno by było, gdyby mnie nie było.
Nie skazuj mnie na samotne noce spędzone w oknie bądź na połaciach mniej lub bardziej zaśnieżonych, wdychając opary usypiającego życia. Nie zostawiaj samej na pastwę botaniki, kwiatostanów, owoców cytrusowych i Welwitshii mirabilis i bazyplastycznego wzrostu liścia.
Każ mi iść, a pójdę, bo jestem zwierzęciem stadnym, tylko trafiam na złe stada.
Pozwól mi powoływać do życia nowe światy. Pozwól mi być panewką, siewką i epikotylem.
Spraw bym była dwuliścienna.
Ja się nauczę Twojego języka. Nauczę się tarcia, pokonam siłę grawitacji. Ba, zmiareczkuję się nawet i wezmę do biurety.
Będę siebie hodować ex vivo i in vivo, będę nabłonkiem zmysłowo-czuciowym.
Tylko spraw bym miała tęczówki niebieskie. I weź mnie na spacer, tak zwyczajnie, na pola, łąki i dworzec główny.
Bądź moim akademikiem.
Bądź moją Aktinidią Chińską.
Czymkolwiek.
Bo ja lubię mieć ręcę brudne od AgNO3.